poniedziałek, 30 listopada 2015

ROZDZIAŁ II

          Słońce już dawno schowało swą jasną tarczę za horyzontem i samotnego wędrowca, który powoli zmierzał do Mediolanu, otoczyła ciemność. Mimo, że ostatnie dwa dni spędził w siodle, sprawiał wrażenie, że trudy podróży ani trochę nie odcisnęły na nim swojego piętna. Wierzchowiec prychał co jakiś czas, dając do zrozumienia swojemu właścicielowi, jak bardzo żmudna monotonna jest ta droga. Powoli zbliżali się do wyjścia z lasu, znajdującego się na południe od celu ich podróży, toteż wędrowiec postanowił lekko popędzić konia, którego światła miasta migoczące w oddali napawały optymizmem i nadzieją na rychły odpoczynek.
            Rumak przyspieszył nieznacznie, jednak po chwili stanął dęba, rżąc przeraźliwie, omal nie zrzucając ze swojego grzbietu wędrowca. Mężczyzna przywarł do zwierzęcia całym ciałem i z całych sił starał się uspokoić zwierzę. Gdy rumak zaczął się uspokajać, wędrowiec spojrzał przed siebie i natychmiast zrozumiał, co było powodem takiej reakcji zwierzęcia.
            - Ciepła noc wędrowcze – ciemna postać, która wyłoniła się niczym zjawa, przemówiła ostrym, lekko zachrypniętym głosem. Odziany w ciemny płaszcz z połyskującym ostrzem w prawej ręce i naciągniętym kapturem na oczy zagradzał dalszą drogę.
            - Ciepła i niebezpieczna – odezwał się drugi głos, zza pleców wędrowca.
            Mężczyzna na koniu nawet nie drgnął. Siedział spokojnie w siodle, jakby był gotowy na to co się za chwilę ma wydarzyć.
            - Spokojnie – odezwał się trzeci, gruby głos. Potężna sylwetka wyłoniła się zza jednego drzew i spokojnym krokiem zbliżała do mężczyzny w siodle – chyba nie chcemy, by komuś stała się krzywda.
            - Złaź z konia! - odezwał się mężczyzna w płaszczu, który w dalszym ciągu zagradzał wędrowcy drogę, ścisnąwszy mocniej trzonek swojego noża.
            - On nie żartuje – wędrowca usłyszał, jak kroki z tyłu stają się coraz wyraźniejsze – jest dość nerwowy, więc w twoim interesie jest dobrowolnie pokazać nam, co tam masz.
            Mężczyzna długi czas milczał. Zdawać by się mogło, że na konie nie siedzi człowiek a posąg. Wierzchowiec mimo swojej gwałtownej reakcji w pierwszym momencie, teraz także stanowił ostoję spokoju i opanowania.
            - Do diabła! Nie słyszałeś?! Z konia i pokazuj co tam masz… - głos bandyty w pelerynie, zmienił się nagle w charczący bulgot. Bandyta upuścił ostrze i przyłożył ręce do szyi, z której sterczał drewniany bełt kuszy. Po palcach spływał obfity strumień krwi, wraz z którym z ciała mężczyzny powoli uciekało życie.
            - Santiago! - Wrzasnął barczysty mężczyzna. Nie zdążył jednak zrobić kroku, gdy padł niczym rażony piorunem obok swojego towarzysza z takim samym bełtem w skroni.
            - Co do diabła!? - wrzasnął trzeci zbir. Nie zdążył jednak nic zrobić, gdyż w tym momencie dwa kolejne bełty wbiły się w jego głowę, ciskając nim o ziemię.
            Po chwili wędrowiec ruszył w dalszą drogę, pozostawiając za sobą trzy martwe, wciąż ciepłe ciała bandytów.

* * *

            Tej nocy również długo nie mógł zasnąć. Długa podróż z okolic Nantes w Andegawenii we Francji do Mediolanu, zmęczyła go niezmiernie, a mimo to organizm bronił się przed snem niczym przed chorobą.
            Wyjrzał przez okno, za którym gwiazdy i księżyc dalej zdobiłby czarne niebo. Z poddasza plebani, w której przebywał, widział strzeliste wieżyczki Katedry Mediolańskiej. Miejsce kultu stające się powoli, także atrakcją dla licznie przybywających do miasta z kraju i zagranicy, mieniła się blaskiem pochodni zaczepionych na jej zimnych murach.
            Miasto znał bardzo dobrze, właściwie całe Włochy nie miały dla niego tajemnic, a mimo to ciągle czuł się tutaj niczym obcy. Czuł, że nawet jeśli spędziłyby tutaj drugie tyle czasu i tak nie będzie u siebie. Tęsknota za krajem, którego już nie ma, była niezwykle silna. On i wszyscy jego rodacy, którzy tułali się teraz po całej Europie, żył nadzieję, że kiedyś powróci w swoje rodzinne strony.
            Ile to właściwie czasu minęło odkąd ostatni raz jego nogi wędrowały po bruku ulicy Piotrkowskiej w Łodzi? Ile czasu minęło odkąd z karabinem w ręku, wraz ze swoimi towarzyszami zdobywał Arsenał Królewski w Warszawie. Sześć długich lat upłynęło od momentu, gdy w październiku 1831 roku upadło powstanie, a wraz z nim nadzieja na odzyskanie prawie czterdzieści lat temu utraconej niepodległości. Niepodległości, której nawet nie pamiętał. Nie miał prawa pamiętać, gdyż urodził się gdy jego kraj był już pod rządami trzech zaborców, którzy niczym sępy rozdarli jego ojczyznę. Jak przez mgłę pamiętał wielki entuzjazm i nadzieje, gdy w roku pańskim 1807, w wyniku zwycięskiego pochodu wojsk napoleońskich, powstało Księstwo Warszawskie na fundamentach, którego miało na nowo powstać Państwo Polskie. Nie minęło jednak dziesięć lat, a marzenia te upadły wraz z klęską Napoleona podczas wojny z Rosją.
            Jak wielki ból w sercach ludzi wówczas zagościł, miał okazję przekonać się ponad piętnaście lat później, gdy powstanie listopadowe, którego symbolem były słowa malowane na sztandarach „Za naszą i waszą wolność”, stłumione przez wroga upadło.
            Odwrócił się na prawy bok, jednak nie długo był w tej pozycji i po chwili znów leżał na plecach. Jego niebieskie oczy spoglądały w sufit. Człowiek nie zapomina kim był, a przynajmniej nie tak łatwo. On, nawet gdyby chciał zapomnieć, nie mógłby. Wojna odcisnęła na nim trwały ślad, nie tylko w psychice, ale i na ciele.
            Uniósł do góry lewą rękę. Z barku wychodziło szczupłe choć silne ramię, które przechodziło dalej do łokcia. Idąc dalej kilka centymetrów, biologiczna struktura kończyła się, a zaczynała sztuczna. Stal połączona z drewnem stanowiły przedłużenie jego ręki. Przedramię dopasowane do kikuta ręki, przymocowane było do kości grubymi śrubami, na końcu którego zamiast dłoni znajdowała się przypominająca zdeformowaną kulę końcówka z dwoma okrągłymi otworami. Były one tak umieszczone, że gdy podnosił „rękę” na wprost, ów otwory znajdowały się pod dolną częścią kuli. Pomiędzy nimi znajdował się trzeci, podłużny, usytuowany. prostopadle do ziemi. Był to otwór z którego wysuwało się dwudziestocentymetrowe ostrze, wypychane przez sprężynę, które na co dzień, schowane było w konstrukcji przedramienia. Z kolei dwa okrągłe otwory, stanowiły wyloty, przez które miotał strzałami, niczym z kuszy. Niewielkie tuneliki szły wzdłuż przedramienia aż do jego połowy, gdzie znajdowało się specjalne mocowanie w kształcie prostokąta o wymiarach trzy na dwadzieścia centymetrów. Służyło ono do montowania specjalnie skonstruowanego magazynku na bełty. Z boku znajdował się uchwyt na korbę. Gdy zarówno magazynek jak dźwignia, zostały zamontowane, pozostawało jedynie wymierzyć w cel i kręcąc dźwignią, uruchamiało się mechanizm, którego sprężyny się napinał, po czym szybko zwalniały, ciskając bełtami niczym z kuszy. Co prawda zasięg nie był tak duży, jednak precyzja i szybkość z jaką ramie miotało pociskami, rekompensowała te straty. A i odległość trzydziestu metrów wystarczała, aby posłać przeciwnika na tamten świat.
            Gdy po upadku powstania zmuszony był uciekać z kraju, wraz z licznymi towarzyszami broni udał się do Włocha właśnie. Na ziemie, gdzie jeszcze przed wojną napoleońską, tworzone były Legiony Wojska Polskiego. Już wtedy miał tylko prawą rękę. W lewą został postrzelony podczas jednej z bitew z wojskami rosyjskimi pod Warszawą. Gangrena zbierała wówczas swoje żniwo. Chcąc ratować życie powstańca, lekarz zdecydował się na drastyczny i odważny, biorąc pod uwagę warunki sanitarne, krok i amputował rękę, z której i tak byłby już niewielki pożytek. Kula, która go raniła, trafiła idealnie w nadgarstek, niszcząc go praktycznie całkowicie. Dłoń wisiała wówczas na samych włóknach. Resztę dopełniła choroba.
            Gdy po kilku miesiącach ciężkiej tułaczki, dotarł wreszcie do Mediolanu, miejsca gdzie formowały się niewielkie oddziały Wojska Polskiego, postanowił od razu zgłosić się na ochotnika. Niestety z powodu rany wojennej został oddelegowany.
            Załamany i bezradny tułał się po ulicach Mediolanu, szukając z początku jakiejkolwiek pracy, jednak i na tym polu ponosił porażkę. Każdy, widząc jednorękiego, z góry zakładał, że taki pracownik nie będzie wydajny, a i biadolić będzie na swój marny los i tylko psuć wizerunek pracodawcy.
            Pasmo niepowodzeń, które mu towarzyszyło przez długi czas, sprawiło, że przestał się starać. Snuł się niczym cień, prosząc o jałmużnę mijające go osoby. I tak przez kolejne kilka miesięcy, podczas, których każdy dzień był walką o przetrwanie.
            Pewnego razu, podczas jednej ze swoich wędrówek po mieście, zapuścił się do samego centrum. Wrażenie jakie wówczas wywarła na nim Katedra, sprawiła że na moment zapomniał o swoim kalectwie, o podłym losie, nawet o tym, że przez dwa dni nie miał w ustach nic do jedzenia.
            Wiedziony tajemniczą siłą ruszył przed siebie, mijając coraz większe grupki ludzi. Nie przejmował się ich uszczypliwymi komentarzami, które posyłali w kierunku jego osoby. Zastanawiał się wówczas, jak to możliwe, że mimo długiego czasu spędzonego w tym mieście, nie zawitał tutaj.
            Stanął przed wejściem do katedry i zadarł głowę do góry. Omal nie dostał zawrotu głowy. Katedra wydawała mu się tego dnia niezwykle ogromna. Kiedy po raz ostatni widział, coś tak pięknego? Zamek Królewski w Warszawie, chyba wtedy, ale kiedy to było?
            Witold wstał i podszedł do okna. Uchyliwszy okiennice, poczuł jak chłodne powietrze, wdziera się do jego pokoju, chłodząc jego gorące czoło. Przejechał zdrową ręką po blond czuprynie i odwróciwszy się do okna plecami, ruszył w kierunku drzwi. Po chwili znalazł się na korytarzu. Cała plebania była pogrążona we śnie, toteż nie chcąc nikogo budzić, starał się poruszać jak najciszej w kierunku kuchni. Pragnienie, które go teraz dopadło, sprawiło, że jedynie o czym myślał, to kilka łyków zimnej wody.
            W korytarzu panowały prawdziwie egipskie ciemności, jednak Witia – tak nazywali go księża, u których przebywał – znał każdy centymetr kwadratowy tego budynku, toteż mógł się tutaj poruszać nawet z zamkniętymi oczami.
            Pokonawszy schody, udał się do kuchni, która znajdowała się bezpośrednio pod jego pokojem. Na miejscu zorientował się, że nie jest jedynym, który tej nocy nie zaznał spokojnego snu.
            Przy stole, na którym paliła się duża biała świeca, siedział Ojciec Dario. Kilka lat temu, gdy Witia zawitał do bram Katedry Mediolańskiej, to właśnie ten siwiejący już, będący w podeszłym wieku ksiądz, przyjął go na plebanię. On także udzielał mu nauk kapłańskich, święceń, a także przekazał mu całą swoją wiedze o wampirach i o metodach jak z nimi walczyć.
            Starszy mężczyzna siedział nad stołem, wyraźnie nad czymś dumając i nie zauważył, jak jego protegowany wchodzi właśnie do kuchni.
            - Witaj Ojcze Dario – głos Witka wyrwał starca z zadumy. Mężczyzna popatrzył na swojego ucznia i niewielki uśmiech zawitał na jego pooranym zmarszczkami licu.
            - Witaj Witia. Nie możesz spać?
            - Tak jakby – odparł cicho mężczyzna i usadowił się na krześle niedaleko starca.
            - Pewnie jesteś spragniony – mówiąc ta wstał i podszedł do garna, w którym znajdowała się woda. Witia miał zareagować, jednak starzec zatrzymał go gestem ręki i ten znów usiadł na swoje miejsce.
            - Pij chłopcze na zdrowie – odparł starzec, wręczając protegowanemu kubek z wodą.
            - Dziękuję ojcze. Ojciec także nie może spać?
            - Troski nie opuszczają starego człowieka.
            - Czy coś się stało?
            - Za kilka dni spodziewam się wizyty mojego przyjaciela. Jest kapitanem Arma dei Carabinieri (włoskie oddziały karabinierów). Nazywa się Sergio Corbuci.
            - Co w tym takiego niepokojącego?
            - Może przesadzam, ale w liście, który do mnie napisał, wspominał że coś go niepokoi i chce ze mną o tym porozmawiać. Nie napisał co to było. Znam Sergio i wiem, że musi mieć poważny powód, jeśli chce mi to powiedzieć osobiście.
            Witia nic nie odparł, tylko upił pół zawartości swojego kubka. Odstawił naczynie na stół. Woda, która nim była, zabulgotała i parę kropel chlusnęło na blat stołu.
            - Od razu lepiej.
            - Znowu myślałeś o kraju? – starzec dopiero teraz podniósł wzrok. Jego brązowe, bystre oczy uważnie przyglądały się rozmówcy. Witia miał wrażenie, że tego człowieka nie da się okłamać.
            - Tak ojcze.
            - Co dzień modlę się o to, aby wojna się skończyła i byś mógł wrócić do domu. Mogę się domyślać tylko, jakie to ciężkie dla ciebie.
            - Tutaj także jest mój dom.
            - Twój dom jest tam – głos starca była teraz stanowczy – wiem, że kiedyś wrócisz i gdy ten dzień nastąpi Bogu będą składał dziękczynienie. Nikt nie powinien być tak daleko od miejsca swoich narodzin… nikt.
            Witia miał coś odpowiedzieć, gdy nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi plebani.
            - Kogóż to aniołowie niosą o tej porze? – ojciec Dario wydawał się być niemniej zaskoczony co Witia.
            Obaj mężczyźni wstali i udali się do drzwi. Pukanie znów się rozległo. Tym razem silniejsze. Zdawać by się mogło, że kogoś naszło silne poczucie winy i poczuł potrzebę nagłej spowiedzi.
            Witia wyprzedził ojca Dario i przekręciwszy klucz w zamku, otworzył drzwi na oścież. W tym momencie do budynku wpadł młody chłopak, który natychmiast opadł na kolana. Na oko nie miał jeszcze dwudziestu lat. Ciężko dysząc, starał się wykrztusić z siebie jakieś słowa, która jednak przeradzały się w niezrozumiały bełkot. Witia przyjrzał mu się uważnie. Ubranie jego było mocno przybrudzone. Wydaje się, że był w podróży przynajmniej dwa tygodnie, a po zmęczeniu można było odnieść wrażenie, że sam diabeł go gonił.
            Ojciec Dario podszedł bliżej i ukląkł przy chłopaku, który powoli uspokajał oddech.
            - Spokojnie synu, wszystko będzie dobrze, jak się nazywasz?
            Chłopak z trudem podniósł głowę. Widząc Witię lekko się zaniepokoił, jednak łagodne spojrzenie Dario, nalało nieco spokoju w jego serce.
            - L… Lugi…
            - Skąd przybywasz Luigi?
            - Z Lecco.
            Ojciec Darion nie zdążył już spytać o nic więcej, gdyż wypowiadając ostatnie słowo, chłopak osunął się na podłogę i stracił przytomność.

* * *

            Luigi odzyskał przytomność następnego dnia pod wieczór. Na szczęście dla niego utrata przytomności była objawem wycieńczenia organizmu. Teraz, gdy jego zdrowiu już nic zagrażało, wracał do sił.
            Witia odstąpił mu swój pokój, a sam przeniósł się do pokoju dziennego, gdzie rozłożywszy się na wygodnej kanapie, udało mu się w końcu zasnąć tej nocy. Teraz siedział obok chorego, który powoli budził się ze snu.
            - Jak się czujesz – spytał spokojnym głosem.
            Lugi nie odpowiedział od razu. W pierwszej chwili nie wiedział gdzie się znajduje i dopiero po kilku minutach, przypomniał sobie, że z resztkami świadomości dotarł do plebanii.
            - Do… dobrze… dziękuję… czy…
            - Nie mów za dużo. Jesteś zmęczony, powinieneś wypoczywać.
            - Nie mogę… czekać – Luigi usiłował wstać.
            - Nie masz zbytnio wyjścia. Leż.
            - Muszę porozmawiać z ojcem Dario. Musi nam pomóc.
            - Ojciec Dario jest na wieczornej mszy, za pół godziny powinien wrócić.
            - Moje miasteczko… w ogromny niebezpieczeństwie…
            - Co się stało – Witię wyraźnie zainteresował niepokój, który wyczuł w głowie Luigiego.
            - Wampiry… wampiry…
            Po tych słowach, chłopak znów stracił przytomność.

* * *

            - Jesteś pewien Witia?
            Ojciec Dario, gdy tylko Witold opowiedział mu przebieg, jego krótkiej rozmowy z Luigim, poczuł wyraźny niepokój. Jego twarz jakby postarzała się o kilka lat.
            - To straszne… to straszne… Witia… Trzeba natychmiast wyruszyć.
            - Sądziłem, że wampiry zamieszkują raczej odludne miejsca, że technika, którą stworzył człowiek, je odstrasza.
            - To nie do końca tak. Wampiry nie boją się techniki. To człowiek wraz ze swoją ekspansją, wybił ich znaczą część. Jednak masz rację, to że osiedliły się w Lecco, to trochę dziwne. Skąd się tam wzięły?
            - Cóż… jeśli sprawa tego wymaga, będę szykował się do wyjazdu.
            Ojciec Dario westchnął ciężko. Zdawało się, że wiadomość o synach diabła postarzała go o dobre kilka lat. Zmarszczki na jego czole pogłębiły się, a oczy przybrało smutny wyraz.
            - Wolałbym, aby ten młodzieniec się mylił, obowiązek jednak nakazuje to sprawdzić. Każę przygotować twojego konia i…
            - To nie jest potrzebne ojcze – odparł spokojnie Witia – chcę sam wszystko przygotować.
            - Dobrze, niech zatem i tak będzie. Kiedy wyruszasz.
            - Choćby i za godzinę.
            - Tak… dobrze… będę się modlił za Ciebie… synu – ojciec Dario z trudem łapał oddech. Miał wrażenie, że jego płuca w jednym momencie zaczęło wypełniać nie powietrze a ołów, który uciskał go od środka.
            Witold nic nie odparł tylko powolnym krokiem opuścił pomieszczenie i udał się do swojego pokoju, gdzie znajdował się cały jego ekwipunek, który zawsze zabierał ze sobą na każdą wyprawę.
            Bełty, części do kuszy, prowiant, woda święcona, krucyfiks. Wszystko to lądowało w osobnych workach, które potem zostały włożone do jednego większego. Gdy cały tobołek, był już przywiązany do uchwytów na siodle, Witia dosiadł konia i ruszył drogą na północ zostawiając za sobą Mediolan i zatopionego w modlitwie ojca Dario.

3 komentarze:

  1. Na wstępie napisze, iż będę wstawiał komentarze co dwa lub trzy rozdziały.
    Co do samego opowiadania. Jest ono ciekawe i interesujące.
    Niesamowicie opisujesz wygląd danego miejsca, postaci oraz przedmiotu dzięki czemu nie mam problemów z wyobrażeniem sobie jak coś wygląda(Swoją drogą jak ja próbuję coś opisać wychodzi mi z jakiegoś powodu masło maślane :D).
    Opowiadanie jest bardzo ciekawe, czytając każdy rozdział nie odrywam wzroku od monitora dopóki nie skończę, co zdarza mi się bardzo rzadko i tylko przy naprawdę wciągających opowiadaniach.
    jeśli chodzi o błędy, to żadnych nie zauważyłem. Jedynie, mimo że nie jest to błąd, ostatni akapit jest napisany większą czcionką niż powinien.
    Na koniec dodam, iż wyczekuje kolejnego rozdziału.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, zatęskniłem za opowiadaniem, mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec ! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Przemysławie, działasz coś jeszcze w tym internecie ? Brakuje twoich opowiadań, może czas na powrót ? :D

    OdpowiedzUsuń