Z dziennika Nicola Tesli
16 września 1837
Nie mam w zwyczaju spisywania swoich podróży, ani
wszelakich przygód, które w tym czasie przeżyłem, czy też opisywać ludzi,
których spotkałem. Toteż pióro moje, wprawione w opisy techniczne, poświęcone
nauce nie jest tak sprawne jak mojego przyjaciela podróży E.E.Kischa, który ze
słowa pisanego się utrzymuje.
Zdumienie jednak, którego doświadczyłem podczas ostatnich
dni pobytu w Tulcei, sprawiły, że niemożliwe jest przejście obok nich i
okrycie całunem zapomnienia. Ale może od początku.
Gdy dotarliśmy do zamku rodziny Serban, nieświadom
jeszcze co nas czeka, udaliśmy się wraz z moim towarzyszem za stangretem,
którego siła zarówno fizyczna, jak i charakteru mogła niejednego wprawić w
zakłopotanie czy wywołać niepokój.
Niemłody mężczyzna uporał się z naszym bagażem nad wyraz
szybko i bezproblemowo, jakby nasze kufry podróżnicze były wypełnione samym
powietrzem.
W samym zamku, którego wystrój był dość surowy, czy wręcz
ponury przydzielono nam komnaty w zachodnim skrzydle, które znajdowało się nad
urwiskiem, skąd roztaczał się widok na ogromne połacie lasu, który wyrósł
czterdzieści metrów niżej u stóp podnóża góry, na której wzniesiono pałac.
Komnaty, które dostaliśmy, znacznie różniły się wystrojem
od reszty. Chyba specjalnie dla nas je przygotowano. Wystawne tkaniny
powieszone na ścianach w żadnym wypadku nie pasowały do tego miejsca. Podobnie
drogie dywany – chyba tureckie albo perskie, nigdy nie znałem się na tym. Na
jednej z kotar zawieszonych na ścianie widniał herb – rodu Serban jak mniemam –
żółta tarcza i miecz na czerwonym tle.
Ułożywszy swój bagaż na podłodze, podszedłem do
drewnianego stołu, który stał pośrodku komnaty. Zastawiony był
najprzeróżniejszymi smakołykami i trunkami, czym sprawił że niemal całkowicie
zapomniałem o tajemniczej aurze spowijającej to miejsce. Podejrzewam, że Kisch
– znany ze swojego nieposkromionego apetytu – raczy się już tymi wszystkimi
delicjami, toteż sam zapominając o wszelkich manierach, siadłem za stołem.
Barani udziec, który nałożyłem sobie na srebrny półmisek był idealnie wypieczony.
Czerwone wino chyba dopiero co opuściło piwnice tego zamku, gdyż butelka była
chłodna i nieco zakurzona.
- Mam nadzieję, że posiłek będzie panu smakował.
Dosłownie podskoczyłem na obcy głos, który dobiegał zza
moich pleców. Szybko odwróciwszy się ujrzałem kobietę o czarnych włosach. Jej
twarz w płomieniach ognia bijących z kominka przybierała lekko czerwonawy
odcień. Oczy czarne i głębokie, czułem jak świdrują moją duszę. Ciarki przeszły
mi po plecach, jednak kobieta albo nie dostrzegła mojego lekkiego przestrachu
albo zignorowała, gdyż na jej twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień. To co
najbardziej mnie zaskoczyło, to fakt, że stała tuż za moimi plecami.
Bezszelestnie przemieściła się od drzwi, które równie cicho otworzyła, do mnie,
a to odległość około trzech metrów. Gdybym chociaż usłyszał szelest sukni
ocierającej kamienna posadzkę czy też dywan, czy choćby skrzypienie drzwi,
które na pewno zamykałem. A tu nic…
- Czy coś się stało? – spytała, nie uzyskawszy
odpowiedzi, jednak nie wykazywała przy tym zniecierpliwienia.
- N…nie, absolutnie – wstałem od stołu – proszę wybaczyć
nie usłyszałem jak pani wchodzi. Pozwoli pani, że się przedstawię Nicola Tesla
do usług. Pani jak mniemam, włada tym wspaniałym zamkiem, lady
Florico.
Kobieta nic nie odparła, tylko przytaknęła. Wyminęła mnie
i przeszła kilka kroków w kierunku kominka, przy którym się zatrzymała.
- Bardzo mi miło panie Tesla – odparła nie odwracając się
– choć słowo „władam”, jest tutaj nad wyrost. Władali mój ojciec i dziad oraz
dalsi znamienici przodkowie mego rodu. Ja jedynie przebywam na zamku. Moja rola
tutaj jest bardziej symboliczna.
- Pani jest zanadto skromna.
- Ależ skąd – odparła, a ton jej głosu, ani trochę nie
uległ zmianie. Jakby recytowała wyuczoną na pamięć formułkę – Czasy się
zmieniają, ludzie, obyczaje. Dawni panowie tych ziem odeszli w zapomnienie.
Idzie nowe i trzeba się z tym pogodzić.
Przez dłuższą chwilę staliśmy w milczeniu. Lady Florica wpatrywała
się w tańczące płomienie ognia.
- Życzę smacznego panie Tesla. Gdyby czegoś pan
potrzebował, proszę zawołać mojego stangreta Vlada, który będzie do usług
pańskich oraz pańskiego przyjaciela. Życzę dobrej nocy, a jutro wieczorem
przystąpimy do interesów.
- Dziękuję pani i również życzę miłej nocy – ukłoniłem
się, gdy Lady Florica opuszczała pokój.
Niepokój, który mi towarzyszył podczas jej obecności,
nagle zelżał. Nie wiedzieć czemu, nie czułem się komfortowo, a wrażenie, które
wywarła na mnie właścicielka zamku nie należało do najlepszych. I nie chodziło
mi wcale o chłodny formalny ton wypowiedzi. Spotykając się przez całe życie z
ludźmi z tak zwanych wyższych sfer, można zahartować się niczym stal na to, że
ludzie tego pokroju patrzą na innych z góry. Ten niepokój miał w sobie coś
mistycznego, coś czego nie potrafię ująć słowami. Ta kobieta mnie
najzwyczajniej w świecie przeraża
* * *
Pomimo niepokoju z jakim kładłem się spać – trzy razy
sprawdzałem, czy zaryglowałem drzwi od mojej sypialni – spało mi się nad wyraz
dobrze. Twardy sen przyszedł w jednolitej formie i nie opuścił mnie aż do
późnego ranka kiedy to zbudziło mnie pukanie do drzwi. Przez moment
zastanawiałem się czy w ogóle otwierać, gdy nagle dobiegł mnie głos mojego
przyjaciela.
- Tesla na wszystkie świętości! Żyjesz tam czy twoje
ciało całkowicie zespoliło się już z łóżkiem?
Nic nie odparłem, tylko w jednych chwili zerwałem się z
posłania i odryglowałem drzwi. Gdy je otworzyłem, ujrzałem żywo rozpromienioną
twarz Egona, który ubrany stał w korytarzu. Znałem dobrze u niego ten wyraz
twarzy, który przywdziewał, gdy coś go zaintrygowało.
Po dziesięciu minutach, stałem przebrany w jego komnacie.
Kisch chodził nerwowo z kąta w kąt.
- Zauważyłeś coś dziwnego? – spytał w końcu nie
przestając krążyć po pomieszczeniu.
- Mianowicie?
- Taki wielki zamek. Służba od świtu powinna już krążyć
i… robić coś, cokolwiek. A tymczasem ani żywego ducha!
Nie wiedzieć czemu na dźwięk ostatniego słowa, znów
przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz po plecach.
- Wstałem dziś o szóstej i przeszedłem
niemal cały zamek wzdłuż i wszerz. Istna pustynia.
- Jesteś absolutnie pewien? – spytałem, nie chcąc ciągle
dopuścić do siebie myśli, o tym jak dziwne i upiorne staje się miejsce, w
którym przyszło nam przebywać.
- Absolutnie – odparł z poważną miną Kisch – Zwiedziłem
każde pomieszczenie, łącznie z piwnicami i nic.
* * *
Dużo wysiłku kosztowało mnie, a zapewne także mojego
towarzysza, aby nie zwariować. Do tego celu zażyłem swoje ulubione lekarstwo
jakim jest praca. Pochłonięty całkowicie swoim projektem maszyny wytwarzającej
wyładowania elektryczne – nawiasem mówiąc, muszę wymyślić dla niej jakąś lepszą
nazwę – nie zauważyłem jak zbliża się wieczór. Czerwona już tarcza słońca
powoli zbliżała się do linii horyzontu.
Dopiero gdy w moim pokoju zrobiło się na tyle ciemno, że
niemożliwe było czytanie prac naukowych, bez zapalonej świecy, oderwałem się od
swoich zajęć i podszedłem do okna. Widok jaki malował się z tej strony, o
zachodzie słońca wydawał się wspaniały. Lasy i pola poprzecinane tu i ówdzie
cienkimi nitkami dróg. Hen w oddali niewielki jezioro, od którego lustra
odbijały się promienie słoneczne, nadając mu srebrzysty połysk. W tym momencie
całkowicie zapomniałem o tajemniczości tego miejsca i dałem się pochłonąć
słodkiej zadumie.
* * *
Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi. Przez chwilę
docierało do mnie gdzie się znajduje i nie od razu podszedłem otworzyć
wierzeje, za którymi stał Kisch. Wyglądał na zamyślonego i skoncentrowanego.
Znałem ten jego wyraz twarzy, który przybierał, gdy jakiś problem go nurtował.
- Ciekawa rzecz mój drogi – rzekł nim cokolwiek zdążyłem
powiedzieć – mogę wejść?
Wszedł nim zdążyłem się zgodzić i zamknął za sobą drzwi.
Błogi stan, który mi towarzyszył, niemal natychmiast się ulotnił.
- Wyobraź sobie, że cały dzień spędziłem przy wejściu do
zamku.
- Cały dzień? Przy wejściu? – nie bardzo rozumiałem, do
czego zmierza.
- Tak cały dzień – mówił dalej, jakby nie dostrzegł
mojego zdziwienia – postanowiłem trochę popracować, a przy okazji – tutaj ściszył
głos – spotkać się z naszymi gospodarzami, których liczyłem spotkać, gdy tylko
będą wchodzić do zamku. Dlatego też wszystkie dokumenty oraz notatniki,
przeniosłem do głównego holu.
Upór Kischa i to, że kilka godzin siedział w jednym
miejscu, po to tylko, aby rozwikłać zagadkę właścicieli zamku, wcale mnie nie
zdziwiła. Nieraz to już dane mi było czytać reportaże mojego przyjaciela, który
przebrany za bezdomnego odwiedzał miejskie przytułki w różnych miastach, aby
opisać życie bezdomnych. Znany jest także jego artykuł o górnikach w kopalni
soli w Wieliczce, gdzie wraz z wydobywcami czarnego złota przez tydzień
schodził po ziemię, znosząc trudy, z którymi oni mierzyli się latami. Dlatego
też zwykłe siedzenie przed drzwiami i wyczekiwanie na gości także mnie nie
zdziwiło.
W pewnym momencie Kisch zaśmiał się i przez dłuższą
chwilę nie mógł tego śmiechu opanować. Stałem więc wpatrzony w mojego
przyjaciela, który podszedł do stołu i nalał sobie trochę wina z karafki, która
stała na stole.
- I wyobraź sobie! – tym razem jego głos przybrał barwę
wesołą, wręcz radosną. Zupełnie jakby opowiadał dobry żart – Wyobraź, że tak
siedzę wpatrzony w te drzwi niczym sroka w gnat, a za mną ni z tego ni z owego
zjawia się lady Florica. Mówię ci, istna kobieta kot. Wokół panowała taka
cisza, że słyszałem wyraźnie bicie swojego serca. Bzyczenie muchy fruwającej po
komnacie zdawało się istną kakofonią najprzeróżniejszych dźwięków, a tutaj pani
tego zamku zakrada się do mnie jakby była jakimś duchem.
Mówiąc to, Kisch znów zaczął się śmiać.
- Mówię ci, istne szaleństwo.
- A…czy… - chciałem powiedzieć cokolwiek, jednak czułem
jak głos więdnie mi w gardle.
- W każdym razie przychodzę do ciebie, gdyż jesteśmy
zaproszeni na kolację.
- Słucham?
- Lady Florica zaprosiła nas na kolację. Podejrzewam, że
chce jeszcze dziś sfinalizować transakcję. Powiem Ci przyjacielu – znów ściszył
głos – o ile fascynuje mnie to miejsce, to jednak im szybciej stąd wyjedziemy,
tym lepiej.
* * *
Siedzieliśmy w olbrzymiej jadalni, przy dużym stole z
ciemnego drewna, którego solidny blat zastawiony był wszelkiej maści
smakołykami. Udziec barani, jagnięcina, piersi kurczaka. Do tego ziemniaki,
wszelkiej maści sałatki oraz regionalne wino czerwone, które widział mój
przyjaciel, jak chłodziło się w tutejszych piwnicach.
Stół był długi na dziesięć metrów i szeroki na dwa. Po
jednej stronie siedziała lady Florica, a po drugiej my. Usługiwał nam jeden
człowiek – ten sam, który przywiózł nas tutaj. Milczący jegomość stał przy pani
tego dobytku i nie ruszył się nawet o milimetr, chyba że na wyraźne polecenie
swojej pani. Twarz, której mogłem się teraz przyjrzeć niezwykle uważnie, była
niczym ciosana w kamieniu. Ostre rysy twarzy, głęboko osadzone, ciemne oczy,
silna budowa, nadawały tej postaci osobliwy i budzący respekt wygląd.
Długą chwilę jedliśmy w milczeniu, właściwie to jadłem
tylko ja i mój przyjaciel, gdyż talerz Florici cały czas był pusty. Nie tknęła
nawet wina, a jedynie trzymała kieliszek i obracała nim delikatnie to w jedną,
to w drugą stronę.
- Wyborny posiłek – rzekł Kisch, który kończył swój
udziec i dopychał go sałatką z pomidorami – proszę przekazać moje podziękowania
dla szefa kuchni.
- Myślę, że może pan to zrobić osobiście – Mówiąc to wskazała dłonią na
stangreta – Vlad jest wyśmienitym kucharzem.
Mężczyzna lekko skinął głową, jednak wyraz jego twarzy,
dalej pozostał niezmieniony.
- Cóż! Moje uznanie mister Vlad. Można by rzec, że
jest to człowiek orkiestra – odparł wesoło Kisch – powozi równie dobrze, jak
gotuje. Czy wykaże się nazbyt wielką śmiałością, gdy spytam, czy ktoś jeszcze
ze służby mieszka w pałacu? Przyznam, że wędrując za dnia po korytarzach,
odczuwałem dziwną pustkę.
Lady Florica wydała się lekko zamyślona. Powoli odłożyła
kieliszek z winem, którym się bawiła i spojrzała na mojego przyjaciela. Mógłbym
przysiąc, że z jej oczu posypały się gromy, jednak Kisch albo tego nie zauważył
albo zignorował. Jedno jest pewne sprowokował ją i o to mu chodziło. Choć
poszło mu to nad wyraz łatwo.
- Obecnie cała moja służba poza Vladem, jest poza
zamkiem. Dopełnia wszystkich formalności związanych z moim wyjazdem. Nie jest
to łatwe zważywszy na fakt, że pakowanie mojego dobytku to dość czasochłonne
zajęcie.
- Rozumiem – odparł Kisch – jak rozumiem planuje pani
podróż pociągiem?
Florica przytaknęła głową.
- Pozwoli pani, że coś spytam – Kisch upił duży łyk wina
ze swojego kieliszka – nie boi się pani, lady Florico?
Oniemiały popatrzyłem na mojego przyjaciela, który z
kolei nie spuszczał wzroku z kobiety. Ta siedziała jakby zamyślona, długi czas
zwlekając z odpowiedzią.
- Czego miałabym się bać panie Kisch?
- Cóż, nie są to spokojne czasy. Zwłaszcza w tym regionie
Europy, do którego pani zmierza. Życie na południu wydaje się sielanką w
porównaniu z tym co dzieje się w sercu kontynentu. Z jednej strony Francuzi i
ich rosnący apetyt na Europę. Niemcy, które równie są groźne, Rosja gdzie car
ma już dość swojego zimnego, syberyjskiego pałacu i także spogląda w ciepłe
rejony kontynentu. Należy także pamiętać, że rejony dawnej Polski nie są zbytnio
bezpieczne także z powodu licznych ruchów rewolucyjnych, które mają tam
miejsce.
- Pociąga pana niebezpieczeństwo panie Kisch? – spytała
nagle Florica.
- Cóż, nie ukrywam, że spokojne bytowanie w domu przy
kominku z gazetą w ręku, nie leży w mojej naturze. O ile odpoczynek po pracy,
czy też podróży jest wskazany dla nabrania sił, o tyle dłuższe takie
przebywanie w bezczynności, powoduje u mnie depresję. Niemniej czy można
powiedzieć, że pociąga mnie niebezpieczeństwo? Nie raz spotkałem naszą poczciwą
kostuchę, jednak dobry Bóg uchował mnie przed niebezpieczeństwem...
W chwili gdy mój przyjaciel wypowiadał ostatnie słowa,
Lady Florica momentalnie odsunęła się od stołu. Z gardła jej dobył się dziwny
syk, a ręka zasłoniła lico, niczym u chłopca chroniącego się przed lecącą ku
niego piłką.
- Ach! Co też pan mówi! Zwykłe szczęście!
Oczy kobiety zapłonęły żywym ogniem. Czułem jak kawałek
mięsa staje mi w gardle. Przyznam, że takiej reakcji się nie spodziewałem. Atmosfera
tego miejsca i zachowania jego władczyni, przyprawiały mnie o coraz większy nie
pokój.
- Ta…jak to pan nazywa… boska pomoc – Flocrica wstała od
stołu i zaczęła wędrować po jadalni – czy ona według pana jest?
Dłuższą chwilę zajęło Kischowi odpowiedź na to pytanie.
Kolejne sekundy zdawały się przeciągać w nieskończoność. W jadalni panowała
nieprzejednana cisza. Sługa Vlad, który jak wychodzi, pełnił każdą możliwą
funkcję w tym zamku, przypominał marmurowy posąg.
- Skoro o to pani pyta, powinniśmy zając najpierw o to,
czym jest Bóg?
Tutaj zrobił dłuższą pauzę i omiótł wzrokiem naszą
trójkę.
* * *
Odpowiedź Kischa:
Niewierzący profesor filozofii
stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
- Jesteś chrześcijaninem synu,
prawda?
- Tak, panie profesorze.
- Czyli wierzysz w Boga.
- Oczywiście.
- Czy Bóg jest dobry?
- Naturalnie, że jest dobry.
- A czy Bóg jest wszechmogący?
Czy Bóg może wszystko?
- Tak.
- A Ty - jesteś dobry czy zły?
- Według Biblii jestem zły.
Na twarzy profesora pojawił
się uśmiech wyższości
- Ach tak, Biblia!
A po chwili zastanowienia
dodaje:
- Mam dla Ciebie pewien
przykład. Powiedzmy że znasz chorą I cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić.
Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
- Oczywiście, panie
profesorze.
- Więc jesteś dobry...!
- Myślę, że nie można tego tak
ująć.
- Ale dlaczego nie? Przecież
pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką
możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.
Wobec milczenia studenta
profesor mówi dalej
- Nie pomaga, prawda? Mój brat
był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o
uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to
pytanie?
Student nadal milczy, więc
profesor dodaje
- Nie potrafisz udzielić
odpowiedzi, prawda?
Aby dać studentowi chwilę
zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.
- Zacznijmy od początku
chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
- No tak... jest dobry.
- A czy szatan jest dobry?
Bez chwili wahania student
odpowiada
- Nie.
- A od kogo pochodzi szatan?
Student aż drgnął:
- Od Boga.
- No właśnie. Zatem to Bóg
stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje
zło?
- Istnieje panie profesorze
...
- Czyli zło obecne jest we
Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
- Prawda.
- Więc kto stworzył zło? Skoro
Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje,
więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.
Student ponownie nie potrafi
znaleźć odpowiedzi..
- A czy istnieją choroby,
niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się
w otaczającym nas świece?
Student drżącym głosem
odpowiada
- Występują.
- A kto je stworzył?
W sali zaległa cisza, więc
profesor ponawia pytanie
- Kto je stworzył?
Wobec braku odpowiedzi
profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy
studenci zamarli.
- Powiedz mi - wykładowca
zwraca się do kolejnej osoby
- Czy wierzysz w Jezusa
Chrystusa synu?
Zdecydowany ton odpowiedzi
przykuwa uwagę profesora:
- Tak panie profesorze,
wierzę.
Starszy człowiek zwraca się do
studenta:
- W świetle nauki posiadasz
pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek
widziałeś Jezusa?
- Nie panie profesorze. Nigdy
Go nie widziałem.
- Powiedz nam zatem, czy
kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
- Nie panie profesorze..
- A czy kiedykolwiek dotykałeś
swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś
fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
- Nie panie profesorze..
Niestety nie miałem takiego kontaktu.
- I nadal w Niego wierzysz?
- Tak.
- Przecież zgodnie z wszelkimi
zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie
istnieje... Co Ty na to synu?
- Nic - pada w odpowiedzi -
mam tylko swoją wiarę.
- Tak, wiarę... - powtarza
profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma
dowodów, jest tylko wiara.
Student milczy przez chwilę,
po czym sam zadaje pytanie:
- Panie profesorze - czy
istnieje coś takiego jak ciepło?
- Tak.
- A czy istnieje takie
zjawisko jak zimno?
- Tak, synu, zimno również
istnieje.
- Nie, panie profesorze, zimno
nie istnieje.
Wyraźnie zainteresowany
profesor odwrócił się w kierunku studenta.
Wszyscy w sali zamarli.
Student zaczyna wyjaśniać:
- Może pan mieć dużo ciepła,
więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do
białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co
moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus
273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła -
nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno,
w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej
273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają
energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak
pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku
ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii,
ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest
jego brakiem.
W sali wykładowej zaległa
głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos
przypominający uderzenie młota.
- A co z ciemnością panie
profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
- Tak - profesor odpowiada bez
wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
- Jest pan znowu w błędzie.
Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele
światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego
światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie?
Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie
istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż
nie?
Profesor uśmiecha się
nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
- Co mi chcesz przez to
powiedzieć młody człowieku?
- Zmierzam do tego panie
profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego
początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
Tym razem na twarzy profesora
pojawia się zdumienie:
- Fałszywe? W jaki sposób
zamierzasz mi to wytłumaczyć?
- Założenia pańskich rozważań
opierają się na dualizmie - wyjaśnia student
- twierdzi pan, że jest życie
i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś
skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w
stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu
elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z
tych zjawisk. Twierdzenie, że
śmierć jest przeciwieństwem
życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne
zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz
panie profesorze proszę mi odpowiedzieć Czy naucza pan studentów, którzy
pochodzą od małp?
- Jeśli masz na myśli proces
ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
- A czy kiedykolwiek
obserwował pan ten proces na własne oczy?
Profesor potrząsa głową wciąż
się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja
studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
- Skoro żaden z nas nigdy nie
był świadkiem procesów ewolucyjnych I nie jest w stanie ich prześledzić
wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze
swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii,
prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
W sali zaszemrało. Student
czeka aż opadnie napięcie.
- Żeby panu uzmysłowić sposób,
w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze
jeden przykład - student rozgląda się po sali
- Czy ktokolwiek z was widział
kiedyś mózg pana profesora?
Audytorium wybucha śmiechem.
- Czy ktokolwiek z was
kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda
na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan
wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu,
panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać
pańskim wykładom, profesorze?
W sali zapada martwa cisza.
Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili
milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:
- Wygląda na to, że musicie je
brać na wiarę.
- A zatem przyznaje pan, że
wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A
teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
Niezbyt pewny odpowiedzi
profesor mówi
- Oczywiście że
istnieje.Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu
człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy
obecnym na świecie. Przecież
te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.
Na to student odpowiada:
- Zło nie istnieje panie
profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest
po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo
stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło
pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno,
które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku
światła.
* * *
Kisch skończył swoją wypowiedź i nalał sobie wina, po
czym natychmiast upił pół kielicha. Mój wzrok skupił się teraz na Florice,
której beznamiętne spojrzenie wpatrzone było w ciemny krajobraz za oknem.
- To pana odpowiedź panie Kisch? – spytała głosem równie
pozbawionym wszelkich uczuć to jej oczy.
- Tak.
- Rozumiem – Florica odwróciła się w naszą stronę – interesujące
panie Kisch. Panowie pozwolą, że ich teraz opuszczę. Chciałabym dokończyć
przygotowania do wyjazdu. Czy nie obrażą się panowie, jeśli podpisane dokumenty
dostarczę panom jutro?
- W żadnym wypadku. Jeśli takie pani ma życzenie.
- W takim razie życzę panom spokojnej nocy.
Wstaliśmy i odwzajemniliśmy ukłon. Gdy tylko kobieta wraz
ze swoim sługą opuściła jadalnię, poczuliśmy niespodziewaną ulgę. Popatrzyłem,
na mojego przyjaciela, którego spokojna do tej pory twarz przybrała
zaniepokojony wyraz.
- Na boga, to było… dziwne, żeby nie powiedzieć bardziej…
- rzekłem w końcu.
- Nie krępuj się przyjacielu. Jakiego byś teraz słowa nie
użył. Nie oddałoby to pełni grozy, jaka przetacza się przez to miejsce – Kisch upił
łyk wina – jesteś wierzący?
Nie wiedzieć czemu, ale pytanie przyjaciela w ogóle mnie
w tym momencie nie zaskoczyło.
- Jestem – odparłem spokojnie.
- W takim razie dziś w nocy, módl się, tak żarliwie jak
nigdy przedtem. Módl się, bo być może od dzisiejszej modlitwy, bardziej niż
kiedykolwiek zależy twoje życie.
Teraz
pisząc te wspomnienia, dopiero zdaję sobie sprawę, jak prorocze były wtedy
słowa mojego przyjaciela.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kolejny rozdział. Pragnę wszystkich przeprosić, że tak długo kazałem wam na niego czekać. Dość duża liczba obowiązków, a także - czego nie ukrywam - chęć odpoczynku sprawiają, że ciężko się zabrać za kolejny rozdział. Cieszę się, że są ludzie, którzy jeszcze to czytają :)
Co do samego rozdziału, to fragment, w którym Kisch odpowiada Florice nie jest mojego autorstwa. Jest to anegdota dotycząca Einsteina i jego konwersacji z profesorem fizyki na temat Boga i wiary. Nie wiem czy jest to prawdziwa historia, niemniej uznałem, że jest to najlepsza odpowiedź jaką mógł udzielić Kisch :)
Co do samego rozdziału, to fragment, w którym Kisch odpowiada Florice nie jest mojego autorstwa. Jest to anegdota dotycząca Einsteina i jego konwersacji z profesorem fizyki na temat Boga i wiary. Nie wiem czy jest to prawdziwa historia, niemniej uznałem, że jest to najlepsza odpowiedź jaką mógł udzielić Kisch :)
Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy ukaże się kolejny rozdział. Blogu nie zawiesiłem (gdybym to zrobił, to z czystego lenistwa pewnie bym go już nigdy nie reanimował). Jednak nie zapomniałem o nim i w wolnych chwilach opracowuje kolejne rozdziały :)
Dziękuję wszystkim wiernym czytelnikom (Szczególnie Pawłowi) :)
Pozdrawiam
Przemek