Z dziennika Egona Erwina
Kischa
25 sierpnia 1837
25 sierpnia 1837, właśnie
jestem w trakcie podróży do Tulcei. Wraz z moim serdecznym przyjacielem
pochodzącym z Serbii Nikola Teslą, zostaliśmy poproszeni o pośrednictwo w sprzedaży
Zamku Rycerskiego Korzkwi, znajdującego się na dawnych terenach Królestwa
Polskiego, a obecnie należącego do carskiej Rosji, która w ostatnim czasie
znacząco powiększyła swoje wpływy w tej części Europy.
Zakupem wspomnianej włości zainteresowana jest pewna
szlachecka rodzina pochodząca i mieszkająca w Rumunii, której nazwisko rodowe –
Serban – jest właściwie głównym, o ile nie jedynym powodem, dla którego
zgłosiłem się na tą długą wyprawę. Nie byłoby to możliwe z racji na moje
czeskie pochodzenie, gdyby nie fakt, że w jednym ze swoich artykułów
poświęconych Częstochowie, w zupełnie nie zamierzony sposób zrobiłem reklamę
biura zajmującego się pośrednictwem sprzedaży posiadłości i ziem w imieniu
caratu. Jak stwierdził zajawiedujuszij biura Fiodor Sołogub „Panie Kisch,
dzięki panu jesteśmy znani w całej republice (chodzi oczywiście o niedawno
upadłe Księstwo Warszawskie), jestem pana dozgonnym dłużnikiem, balszoj
spasiba”.
Nie trzeba oczywiście
wspominać, że dostałem propozycję współpracy. Szczerze mówiąc nie byłem nią
zainteresowany i przy pierwszej rozmowie, na temat wyprawy do Tulcei,
odrzekłem, że pracuję nad ważnym artykułem o obecnej sytuacji mniejszości
polskiej, co nawiasem mówiąc nie było do końca prawdą. Owszem pisałem artykuł,
ale nie o mniejszości polskiej, gdyż ciężko mówić o jakiejkolwiek mniejszości,
gdy dany teren zamieszkuje 80% jej rdzennych mieszkańców. Propaganda jednak
nakazywała robić swoje i traktować Polaków, jako „gości” na ich własnych
ziemiach. Tak więc, jak wspomniałem nie był to artykuł o mniejszości, a także
ich sytuacji społecznej. Był to szkic historyczny, w którym starałem się opisać
życie prostych mieszkańców po upadku Księstwa. Prawdy nie powiedziałem
oczywiście panu Sołogubowi z tego względu, że jako przedstawiciel narodu
rosyjskiego mógł się poczuć dotknięty faktem, że swoją energię „marnuję” na
takie błahe – w jego zapewne mniemaniu - sprawy. W końcu nie wiadomo kiedy
znajomość z nim, może mi się jeszcze przydać.
Jak już wspomniałem, nie byłem
z początku zainteresowany wyprawą do Rumunii, gdyby nie moja wrodzona
ciekawość, która zaraz po rozmowie z Fiodorem nakazała mi, udać się do
pobliskiej biblioteki, gdzie pobieżnie przestudiowałem historię tej ziemi. Zaciekawienie
moje wzięło się z pytania, po co ktoś miałby się zainteresować zamkiem
oddalonym od miejsca swojego zamieszkania ponad 1000 kilometrów. Niewątpliwie
musiał to być, ktoś wyjątkowo ekscentryczny, znudzony życiem, bądź jedno i
drugie. Nie codziennie trafia się ktoś, kto jest gotów przejechać 1/3 Europy
tylko po to, aby jeden pałac zamienić na drugi. Każdy szanujący się reporter,
podobnie jak i ja, doszedłby do wniosku, że sprawa jest godna uwagi.
Długi czas studiowałem opasłe
tomy historyczne i mojej uwagi nie przykuło nic szczególnego, co czyniłoby
rodzinę Serban wyjątkową, do czasu, gdy trafiłem na stare wycinki z tamtejszych
gazet, które – nie wiedzieć jaki cudem – znalazły się w bibliotece. Jako, że
nie władam jeżykiem rumuńskim, poprosiłem mojego przyjaciele Teslę o przetłumaczenie
wspomnianych wycinków. Historia w nich zawarta, natychmiast przykuła moją uwagę
i rozpaliła ciekawość. Opis dnia narodzin księżnej Florici, późniejszej
władczyni, strzępki informacji o kolejnych reformach prawa karnego i w końcu
najciekawsze, tajemnicze zniknięcie na jakiś czas wszystkich mieszkańców pałacu
i ich powtórne pojawienie się kilka dni później. Nie było bynajmniej dziwne to,
że cała rodzina wraz z służbą opuszczała pałac i wędrowała po kraju. Jednak,
jak pisał autor jednego z tekstów, wszyscy mieszkańcy zamku opuścili go nagle,
jakby w jednej chwili zapadli się pod ziemię, by po kilku latach władczyni
wróciła na swoje ziemie w towarzystwie… może niech poniższa notatka będzie
świadectwem tego dziwnego zjawiska.
„…tego wieczoru, gdy część
mieszkańców zbierała się w gospodach po całym dniu pracy, racząc się
miejscowymi trunkami i jadłem, schowawszy pióro do torby, usiadłem w kącie
gospody i sączyłem swój napój. W tym momencie do karczmy wpadł zdyszany
mężczyzna. Z początku nie zwracałem na niego uwagi, gdyż wielu takich przewija
się tutaj co wieczór.
- Księżna Florica! Książna Florica wróciła!
Te słowa sprawiły, że wyplułem cały napój, który miałem
właśnie w ustach. Oniemiały, z resztą jak wszyscy w karczmie, popatrzyliśmy na
mężczyznę, który ciągle nie mógł złapać oddechu.
Przepchnąwszy się przez tłum ludzi, dopadłem do wieszcza
tej nowiny. W tym czasie, jeden z mężczyzn, także podszedł do zdyszanego
człowieka i począł nim trząść oraz na przemian wypytywać co się stało, to
oskarżać o wygadywanie bredni. Nim przybysz doszedł do siebie, minęła dłuższa
chwila. Wciąż jeszcze drżącym głosem opowiedział jak to zmierzał w kierunku
gospody, w której się znajdowaliśmy gdy nagle uwagę jego przykuł widok trójki
wędrowców podróżujących konno ulicami miasta. To na co mężczyzna zwrócił uwagę,
to ubiór przybyszy. Wszystkie trzy postacie odziane były w czarne długie
płaszcze, na głowy miały zarzucone kaptury, które całkowicie skrywały ich głowy
i twarze.
Jak wspomina mężczyzna, miał już iść dalej, gdy nagle
powiał mocniejszy wiatr, który zsunął kaptur z jednej z głów…”
Nie trzeba domyślać się co było dalej. Mężczyzna
rozpoznał prawowitą władczyni i w te pędy pognał do gospody, ogłosić wszystkim
nowinę. W notatce nie ma nic wspomnianego o tym, czy zebrani uwierzyli
mężczyźnie czy nie. Nawet jeśli w tłumie znaleźli się sceptycy, którzy nie
brali na poważnie zasłyszanych słów, ich wątpliwości zostały rozwiane tej samej
nocy, gdy to z zamku dochodziły niesamowicie głośne wrzaski, brzmiące jak
śmiech, które według relacji zbudziły mieszkańców miasteczka. Od tego czasu
także władczyni sporadycznie pojawiała się w mieście, sama bądź w towarzystwie
stangreta, jednak zawsze tylko po zachodzie słońca. Nie udzielała się już jednak
w życiu miasta. W ogóle sprawiała wrażenie, jakby nie interesowały ją sprawy
Tulcei, nawet te najważniejsze. Jej wizyty natomiast ograniczały się jedynie do
spokojnych przejazdów konno wzdłuż ulic.
Zrozumiałe zatem jest, że obok czegoś takiego nie można
przejść obojętne, toteż następnego dnia udałem się do biura Fiodora, gdzie
oznajmiłem, że przystaję na jego propozycję. Sołogub był niezwykle rad z mojej
decyzji, a szybkość z jaką dopełnił wszelkich formalności w związku z moim
wyjazdem, potwierdziły moje przypuszczenia, że temu doświadczonemu handlarzowi
nieruchomościami zależy na tej transakcji jak na niczym innym. Nie robił także,
żadnych przeszkód gdy oznajmiłem, że chcę zabrać swojego przyjaciela w
charakterze tłumacza.
Tak oto siedzę teraz w pociągu relacji Wiedeń – Budapeszt
skąd mamy przesiadkę do pociągu jadącego do Bukaresztu, a następnie tamtejszym
transportem udamy się wprost do Tulcei.
* * *
Z dziennika Egona Erwina Kischa
26 sierpnia 1837
Jeśli wierzyć konduktorowi, to już jutro powinniśmy być w
Bukareszcie. Nie mogę się doczekać, kiedy moja stopa dotknie dworcowego
chodnika. Nie umniejszając oczywiście nic linii kolejowej, z których usług
korzystamy, moje plecy po prawie całym dniu siedzenia zaczynają się powoli
buntować przeciwko takiemu stanu rzeczy. Nie pomagają nawet spacery między
wagonami, ani wygodne prycze w wagonie sypialnym, który oczywiście jest do
naszej dyspozycji. W tym aspekcie podziwiam mojego przyjaciela, któremu warunki
bytowania zdają się w ogóle nie przeszkadzać. Być może praca naukowa, której
ostatnimi czasy oddał się bezwiednie, sprawiała, że świat zewnętrzny nie miał
prawie w ogóle dostępu do jego umysłu.
- To byłoby wspaniałe! – Tesla wydawał się niezwykle
ożywiony. Podniosłem wzrok znad gazety i spostrzegłem, że aktualnie był
zatopiony w swoim dzienniku, który prowadził bardzo skrzętnie – jeszcze jakieś
dziesięć może dwadzieścia lat i świat tak pójdzie do przodu, jak nigdy. To będzie
prawdziwa rewolucja przemysłowa! Para, którą się teraz tak wszyscy zachwycają,
pójdzie w odstawkę.
- Drogi Nikola – odparłem spokojnie – nie jestem co
prawda człowiekiem uczonym i obytym w naukach ścisłych, a już na pewno nie w
zaawansowanej fizyce, ale z tego co mi wiadomo ta twoja, jak ją nazywasz
elektryczność, nie może się równać z siłą jaką daje węgiel i para wodna, które
są w stanie poruszać tak wielkie maszyny jakim jest choćby ten pociąg.
Nikola Tesla od kilku lat jest zafascynowany wszelkimi
sprawami związanymi z wyładowaniami elektrycznymi. Nie znam bliżej powodów, dla
których temat ten tak bardzo go zafascynował, niemniej nie przejawia żadnych
cech charakterystycznych dla ludzi z słomianym zapałem. Przeciwnie. Jest nie
tylko w pełni oddany sprawie, ale przejawia ogromną wiarę i nadzieję związaną
właśnie z elektrycznością.
- Ależ Egonie – odparł ożywiony Tesla – zapewniam cię, że
ta elektryczność, którą tak teraz gardzisz, nie tylko zrówna się, ale jestem
nawet przekonany, że prześcignie w swojej mocy energię opartą na parze.
- Wierzyć mi się nie chce. Pomijam już fakt, że na chwilę
obecną mówimy tylko o sile hipotetycznej. Nie przeczę, że zjawisko
elektryczności panuje w przyrodzie o czym świadczą na przykład błyskawice
podczas burzy. Przyznasz sam, że ich moc jest potężna w porównaniu z tym co
można uzyskać przez pocieranie kawałka metalu o wełnę. Nie wiem doprawdy, co
musiałby zrobić człowiek, aby wytworzona przez niego energia, choć trochę
zbliżyła się swoją mocą do siły pioruna.
- I tu się mylisz mój przyjacielu – Tesla wyprostował się
i chudym, długim palcem zakręcił kilka razu swój cienki wąs, po czym poklepał
ręką swoją podróżna walizkę, która stała obok jego nóg – Już niedługo mam
nadzieję, światło dzienne ujrzy mój projekt. Zostało kilka drobnych korekt do
wprowadzenia. Mam nadzieję pokazać, że jeśli tak małe urządzenie będzie
potrafiło dać światło na tyle mocne, aby oświetlić niewielkie pomieszczenie to
powiększone dziesięciokrotnie…nie! Stukrotnie! Pozwoliłoby zasilić w energię elektryczną
kilka domów!
- Szaleństwo! – poczułem nieopisane zdziwienie i lekkie
wzburzenie. Nie wiedziałem bowiem czy Tesla w tym momencie żartuje ze mnie i z
mojej niewiedzy, czy naprawdę wierzy w to co mówi.
- Szaleństwo powiadasz… - Tesla bynajmniej nie poczuł się
urażony moimi słowami, przez chwile tkwił w zadumie. Niczym nauczyciel. Który
myśli jak najlepiej średnio-pojętnemu uczniowi, wytłumaczyć trudne zagadnienie –
Nie udowodnię ci tego teraz, z racji panujących warunków, więc proszę przyjmij
to co mówię za prawdę. Zaręczam cię, że każde z moich słów, które teraz wypowiem ma naukowe
oparcie w obliczeniach. Jak sam już wspomniałeś, aby uzyskać efekt wyładowania
elektrycznego, wystarczy pocierać bawełnę o metal, a później ów kawałek metalu
przyłożyć do drugiego metalu. Trach! – Tesla pstryknął palcami – iskra
przeskakuje.
Nic nie odpowiadałem, pokiwałem tylko twierdząco głową.
- Dobrze więc – kontynuował Tesla – teraz wyobraź sobie,
że takie same wyładowywania można uzyskać poprzez pocieranie metalowych
szczotek o aluminiowe segmenty ustawione w niewielkiej, powiedzmy kilkumilimetrowej
odległości od siebie.
- Słyszałem, to się chyba nazywa maszyna
elektrostatyczna.
- Dokładnie – Tesla wydał się niezwykle rozentuzjazmowany
moją, nazwijmy to, wiedzą. Jeśli mój eksperyment się powiedzie, to będę niemal
w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pewien, że w przyszłości, taka
maszyna będzie w stanie zaopatrzyć w prąd cały dom.
- Hmmm. Przyznam, że interesująca teoria. Dostrzegam
jednak pewną lukę. Za pozwoleniem. Widziałem kiedyś na pokazach takie
urządzenie i wiem, że aby ją uruchomić, ktoś musi stać obok i kręcić korbą.
Mówisz, że odpowiednio duże urządzenie, będzie w stanie zasilić dom. Załóżmy,
że to prawda, ale jak chcesz wprawić je w ruch? Potrzebujesz energii do
wytworzenia… energii. Widzę tutaj problem nie do rozwiązania
Myślałem, że zaszyłem mojego przyjaciela, gdyż dłuższy
czas siedział w milczeniu. Twarz jego była jak ciosana z kamienia, żadnych
uczuć, żadnych emocji.
- Bynajmniej mój przyjacielu! – odparł w końcu Tesla,
którego lico w jednej chwili przybrało radosny wyraz – uzyskać energię jest
bardzo prosto!
- W jaki to niby sposób?
- Natura… natura przyjacielu!
Chciałem coś powiedzieć, jednak Tesla dał znak ręką, że
będzie kontynuował wypowiedź.
- Woda, wiatr, para. Te wszystkie czynniki w przeszłości
nieraz przysłużyły się ludzkości. Młyny, wiatraki, maszyny parowe. Cóż za
problem, aby taką nazwijmy to fabrykę prądu na wzór młyna wodnego, postawić
przy wodzie? Woda wprawi w ruch główne koło, które następnie poruszy kolejne
koła, które będą wytwarzać prąd.
Oniemiałem. Przyznam, że nie miałem argumentów i długi
czas słuchałem wywodu Tesli na temat jego wizji. Tak oto dojechaliśmy do stacji
w Budapeszczie, skąd czekała nas przesiadka w pociąg bezpośrednio do stolicy
Rumunii.
* * *
Z dziennika Egona Erwina
Kischa
5 Września 1837
Podróż zajęła nam nieco więcej
czasu niż zakładaliśmy. Wojna odcisnęła swoje piętno w całej Europie, zwłaszcza
tutaj, na wschodzie. Pociągi nie chodziły tak regularnie, jak chociażby w
Niemczech czy Austrii. Zmuszeni byliśmy wynająć dwa, jednoosobowe pokoje
hotelowe na 3 dni na Węgrzech. Po dotarciu do Rumunii, bez problemów już
znaleźliśmy dyliżans, który wiózł nas do Tulcei. Warunki podróży niestety
znacząco odstawały od tych panujących w pociągu, zwłaszcza że rumuńskie drogi
odbiegają standardami od swoich zachodnich odpowiedników.
Do celu podróży dotarliśmy
około godziny 9 wieczór. Tam byliśmy umówieni pod „Gospodą u Feldeposta”, gdzie
miał czekać na nas stangret rodziny Serban, który miał nas zabrać bezpośrednio
na zamek.
Opuszczając karetę, czułem jak
wszystkie zastane od podróży kości grają pod wpływem nagłej zmiany pozycji. Wzięliśmy
swoje bagaże, a ponieważ było jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy zakosztować
jednego z tutejszych chmielowych trunków. Gospoda była duża i schludna. Nie
była jedną z tych portowych spelun, które miałem okazje zwiedzić w swoim życiu.
Bar znajdował się zaraz na wprost wejścia. Od razu skierowaliśmy do niego swoje
kroki. Barman, wysoki mężczyzna, o ciemnych włosach, lekko po pięćdziesiątce
podawał akurat piwo trzem mężczyznom, którzy następnie udali się do jednego ze
stolików.
Mężczyzna podniósł na nas
wzrok i przemówił spokojnym głosem.
- Panowie nietutejszy, jak
rozumiem? – poczułem przyjemne zaskoczony angielszczyzną płynąco z ust tego
człowieka, mimo że do ideału wiele jej brakowało.
- Tak, zgadza się – odparł
Tesla – aż tak rzucamy się w oczy?
- Walizki – barman kiwnął
głową w kierunku naszego skromnego dobytku – choć przyznam, że to niecodzienna
pora na wizytę w naszym mieście.
- Mieliśmy małe problemy z
dojazdem – odparłem szybko.
- Rozumie. Podać coś?
- Dwa tutejsze piwa, zdam się
na pana osąd, które są dobre.
- Już podaję – Barman wyjął
spod blatu dwa pokaźne kufle i podszedł z nimi do nalewaka. Po chwili wrócił
już z pełnymi pucharami.
- Dziękuję bardzo. Jeszcze mam
jedno pytanie. Gdzie znajduj się najbliższa poczta?
- Jeśli wyjdzie pan z gospody
i skręci w prawo to dwie uliczki dalej, ale o tej porze będzie zamknięta. Chce pan
wysłać depeszę?
- Tak, obiecałem mojemu
pracodawcy, że dam znać jak tylko dotrę na miejsce.
- W takim razie może pan ją
nadać tutaj. Kurier codziennie rano przychodzi i odbiera pisma klientów, którzy
z różnych przyczyn nie udali się do urzędu.
- Jeśli nie sprawi to panu żadnego
problemu, będę zobowiązany.
- Bardzo proszę, Rodica! – Z
głębi sali podeszła do nas kobieta, ciemnowłosa, niższa od barmana o jakieś pół
głowy, dość solidnej budowy – kochanie, panowie chcą nadać pismo, weź proszę
pójdź na zaplecze po papier i coś do pisania.
Kobieta nic nie odparła, tylko
obrzuciła nas obojętnym spojrzeniem, po czym udała się do drzwi w rogu lokalu,
skąd zaraz potem wróciła niosąc dla nas przybory oraz kopertę.
- Dziękuję jeszcze raz, jaki
będzie koszt wszystkiego?
- Równo jeden leu.
- Bardzo proszę – mówiąc to
podałem monetę barmanowi, po czym usiadłem przy barze i napisałem kilka słów do
Pana Sołoguba. Następnie wsunąłem pismo do koperty, zakleiłem i zaadresowawszy
podałem je barmanowi. Ten wrzucił je do drewnianej skrzynki, której dopiero
teraz uważniej się przyjrzałem. Kształtem i formą przypominała te, które
widzieliśmy w przy każdym urzędzie pocztowym w tym kraju.
Następne kilkanaście minut
spędziliśmy z Teslą na rozmowie. Barman w tym czasie obsługiwał kolejnych
gości, których liczba powoli się zwiększała. Gdy skończyliśmy sączyć piwo,
mieliśmy się już zbierać do wyjścia, gdy nagle barman nas zatrzymał.
- Przepraszam, że spytam, czy
mają państwo może nocleg? – spytał nas spokojnym, tym razem lekko nieśmiałym głosem,
po czym zaraz dodał – bo jeśli nie, to mamy jeden wolny pokój.
- Bardzo dziękuję – skłoniłem
się lekko – jednak tak się składa, że mamy już nocleg, za kilka minut ma
przyjechać pod nas dorożka, która ma nas zabrać do zamku.
Barman w jednej chwili zaniemówił.
Lekko czerwonawe lico przybrało teraz niemal białą barwę. Dłonie mężczyzny
lekko zadrżały, że omal nie wypuścił z nich kufla, który jeszcze przed chwilą
tak starannie wycierał. Zapadła między nami dość niezręczna cisza, toteż chcą
dowiedzieć się o co chodzi, zapytałem czy coś się stało.
- Wy… chcecie powiedzieć, że
będziecie nocować na zamku?! – barman niemal wykrzyczał to pytanie, cały się
przy tym trzęsąc.
W gospodzie zapadło milczenie.
Rozmowy ucichły, jakby ucięte nożem, a wszystkie pary oczu skierowane były
teraz w nasza stronę. Nie potrafię opisać emocji, które skrywały się za ich
spojrzeniami. Stanowiło to mieszaninę strachu, niedowierzania, niechęci…
- Czy coś się stało? – spytał
niepewnym głosem Tesla – nie wydaje mi się, żebyśmy powiedzieli coś
nietaktownego.
- Naprawdę nie rozumiecie? –
Barman dał krok w naszą stronę, dopiero teraz zauważyłem, że jego żona stała
obok i mierzyła nas uważnie wzrokiem – uciekajcie, póki wam życie miłe,
zaklinam was. Uciekajcie!
- Ciągle nie rozumiem – Tesla,
podobnie zresztą jak i ja, był coraz bardziej zdziwiony takim obrotem spraw –
chce nam pan powiedzieć, że coś nam grozi.
- Grozi?! Tak! Grozi! Nie
zbliżajcie się do zamku! Jeszcze dziś wyje…
Nim skończył, na zewnątrz
rozległ się skrzypiący odgłos kół oraz metalowych podków stukających o bruk przy
każdym kroku. Wszyscy skierowali teraz wzrok w stronę drzwi o gospody. Tu i
ówdzie rozległy się szepty, z których nie byłbym w stanie zrozumieć nic, nawet
gdybym znał ich język. Słowa bowiem zlewały się w jeden wielki szum.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Nerwowość panująca w pomieszczeniu była tak namacalna, że aż przygniatała swoim
ciężarem. Skrzydło drzwi uchyliło się skrzypiąc chyba głośniej niż kiedykolwiek
przedtem. Do pomieszczenia weszła wysoka postać, odziana w czarny płaszcz z
kapturem. Na jej widok od razu przypomniał mi się wspomniany wcześniej artykuł
i opis przybyszy podążających konno ulicami miasta. Prawie cała twarz znikała
pod połacią materiału.
Nieznajomy kroczył powolnym,
acz pewnym krokiem w naszą stronę. Był wzrostu Tesli, a więc wyższy ode mnie o
niecałe pół głowy. Teraz gdy stał blisko, mogłem przyjrzeć mu się dokładniej.
Ciemne oczy wydawały się być bez puste…nieobecne wręcz. Ostre rysy twarzy
utrudniały nieco określenie wieku, ale obstawiam, że był on już po
pięćdziesiątce.
- Panowie Kisch i Tesla? –
spytał. Choć jego głos nie był donośny, ani on sam nie wypowiedział tych słów
głośno, odniosłem wrażenie, że atmosfera w gospodzie zgęstniała jeszcze
bardziej.
- Zgadza się – odparłem
spokojnie – nazywam się Egon Erwin Kisch, a to mój przyjaciel Nikola Tesla,
byliśmy umówieni…
- Witam, wiem wszystko. Panów
powóz już czeka. Proszę pozwolić.
Nim zdążyłem zaprotestować,
nasze bagaże były już niesione przez stangreta i to bez najmniejszego wysiłku.
Udaliśmy się za nieznajomym. Kątek oka zdążyłem dostrzec – a może mi się tylko
zdawało – że kilka osób przeżegnało się, gdy opuszczaliśmy lokal.
Po chwili siedzieliśmy w
karocy i zmierzaliśmy w stronę zamku. Ten krótki odcinek dłużył się nam w
nieskończoność. Przez całą drogę nie odezwaliśmy się ani słowem. Chyba obu nam
udzieliły się nastrój z ostatnich minut spędzonych w gospodzie. Nastrój
niepewności i pewnego rodzaju strachu. Doprawdy, cóż takiego mogło sprawić, że
ludzie tak się zachowywali. Myśli te zaprzątały mi głowę, przez cały ten czas.
W końcu dotarliśmy do celu
wyprawy. Karoca zatrzymała się i drzwiczki w jednej chwili się otworzyły.
Stangret stał przy stopniu. Wysiadając z pojazdu, czułem jak moja noga
prześlizguje się po drewnianym progu. Zacząłem machać instynktownie rękoma w
nadziei, że chwycę cokolwiek co sprawi, że nie upadnę z hukiem na kamienną
posadzkę. I zapewne tak by się właśnie stało, gdy nagle poczułem silny uścisk
na swoim ramieniu. Jakaś siła przytrzymała mnie i w jednej chwili stałem już na
chodniku, przed karocą.
Odwróciłem głowę i
spostrzegłem, że tym kto mnie pochwycił był nie kto inny tylko stangret. Jego
dłoń ciągle trzymała mnie za ramię, które powoli zaczęło mnie boleć. W tej
chwili pomyślałem sobie, jak silny musi być ten człowiek, mimo swojego wieku.
Łatwość z jaką mnie wyratował od niechybnej znajomości z kamienną posadzką i
ten uścisk, nawet silnie zbudowany mężczyzna miałby problem, a do lekkich nie
należę. Stangret natomiast zdawał się utrzymać mnie bez najmniejszego wysiłku,
a jak już wspomniałem, nie był najmłodszy, a i budowa zaliczała go do ludzi
raczej wątłych.
- Proszę uważać panie Kisch –
rzekł spokojnie woźnica.
- Tak…dziękuję za pomoc, gdyby
nie pan, mój uśmiech straciłby znacznie na swojej wartości – zażartowałem,
jednak widząc minę stangreta od razu spoważniałem. Człowiek ten jest albo
całkowicie pozbawiony osobowości – w tym poczucia humoru – albo dostał wyraźne
instrukcje, żeby nie wchodzić w kontakty z cudzoziemcami przyjeżdżającymi na
zamek. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku nie było nic nadzwyczajnego.
Dość częsta praktyka stosowana na dworach i bogatych domach. Tyś jest sługą
moim, cieniem dla innych pozostajesz, masz milczeć i służyć.
* * *
DEPESZA
Nadawca: Egon Erwin Kisch /
Tulcea
Odbiorca: Fiodor Kuźmicz
Sołogub / Częstochowa ul. Krakowska 5
Treść
Szanowny panie Fiodorze
Kuźmiczu Sołogub, pragnę poinformować, że bez większych przeszkód dotarliśmy do
miejsca naszego przeznaczenia. Właśnie przebywamy w jednej z tutejszych gospód,
gdzie czekamy na przybycie przewodnika, który ma nas zaprowadzić prosto na
zamek. Myślę, że najdalej za trzy dni powinniśmy wiedzieć już wszystko, co
dotyczy naszej sprawy.
Z wyrazami szacunku
Egon Erwin Kisch