Witam wszystkich, niestety obowiązki sprawiają, że mało mam czasu na pisanie, dlatego tak duże opóźnienie. Nie zapomniałem jednak o opowiadaniu i w miarę możliwości nad nim pracuję w czym wspiera mnie komentarzami Paweł Szewczyk, za co jestem mu wdzięczny :)
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z Dziennika Ojca Agostino prałata parafii w Lecco w północnych Włoszech, Brak daty.
Gdy dobiegłem do
przystani, dostrzegłem, że na miejscu znajduje się już mała grupka ludzi,
których również zainteresował widok przybysza. Pogoda była słoneczna, niemal
bezwietrzna, toteż łódka niepokojona żadnymi falami, ani porywami wiatru sunęła
powoli w naszą stronę.
Doktor Stefano,
który stał obok mnie uważnie przyglądał się przybyszowi i nieśmiało przemówił
do mnie, tak abym tylko ja słyszał.
- Nie widzę
Luigiego. Poza tym, to tylko jeden człowiek. Nie sądzę, żeby to była ta długo
wyczekiwana pomoc. Jedne człowiek przeciwko hordzie wampirów?
- Cierpliwości,
zaraz wszystkiego się dowiemy – odparłem, jednak trudno było mi się nie zgodzić
ze słowami Stefano i w moje serce powoli nalewała się wątpliwość.
Łódka dobiła do
molo. Mężczyzna – średniego wzrostu jak i postury – wyskoczył z niej i
przymocował ją do jednego z przeznaczonych do tego palików. Następnie wydobył z
niej dużych rozmiarów worek, który następnie przerzucił sobie przez ramię i
skierował swoje kroki w naszą stronę.
- Niech będzie
pochwalony mój synu – powitałem przybysza, podczas gdy reszta ludzi,
przyglądała mu się z zainteresowaniem. Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy ów tłum
przybrał na rozmiarach.
- Na wieki wieków
ojcze – odparł łagodnym głosem. Zarówno akcent jak i wygląd pozwoliły
stwierdzić, że to cudzoziemiec, co jeszcze bardziej ugruntowało mnie w
przekonaniu, że ten mężczyzna nie może być pomocą, po którą wysłałem Luigiego.
- Cóż cię
sprowadza do naszej skromnej miejscowości. Wybacz mą ciekawość, ale wyczekujemy
pomocy. Jesteśmy w wielkiej biedzie i…
- Jak rozumiem,
wampiry dalej nękają waszą wioskę?
Poczułem ogromne
zdziwienie. Moich uszu dobiegły ciche, ale podekscytowane szepty ludzi,
zebranych wokół nas. Wędrowiec nic nie mówił, tylko spokojnie czekał. Jakby był
przygotowany na naszą reakcję.
- Przepraszam,
skąd… czy…?
- Tak, przybyłem
z Mediolanu na polecenie ojca Dario. Przybył do nas jeden z waszych
mieszkańców, niejaki Luigi.
Kolejna fala
szeptów przetoczyła się po przystani.
- Luigi –
westchnąłem z ulgą – a więc mu się udało…
- Gdzie on jest?
- spytał żywo doktor Stefano – czy wszystko z nim w porządku? Czemu nie przybył
razem z tobą?
- Wszystko z nim
w porządku – odparł nieznajomy – jednak podróż, biorąc pod uwagę fakt, że
prawdopodobnie nie spał, nie jadł i nie pił, dała mu się we znaki. Gdy przybył
do nas był na skraju wycieńczenia. Zdołał nam tylko przekazać, wiadomość o
waszych problemach. Znajduje się pod dobrą opieką. Sam ojciec Dario nad nim
czuwa i wkrótce powinien wrócić do pełni sił.
- Bogu niech będą
dzięki – tym razem doktor Stefano odetchnął z ulgą.
- Wszystko
pięknie – odparł nagle ktoś z tłumu, jak się okazało był to miejscowy rybak
Mario. Poczciwy człowiek, jednak znany z ciętego języka i dużej siły – jest
jednak jedno „ale”.
Wszyscy zwrócili
twarze w kierunku mówcy. Nieznajomy stał spokojnie, wpatrzony przed siebie,
jakby wręcz ostry ton Mario nie robił na nim wrażenia.
- Te bestie są
silniejsze od człowieka! Mają wręcz nadludzką siłę! Jeden diabeł wie, ile ich
tam się teraz gnieździ w kopalni! Jak ty jeden chcesz stawić im czoła?!
Zapanowało
poruszenie. Niestety nie tylko ja miałem obawy co do możliwości tego mężczyzny.
Znałem ojca Dario i wiem, że jest to człowiek, który daleki jest od żartów, ale
wątpiłem w słuszność jego decyzji o przysłaniu tutaj tylko jednego człowieka.
Nieznajomy
zdawało się, że nie usłyszał pytania. Zamiast tego ruszył spokojnym krokiem
przed siebie. Tak się złożyło, że Mario stał naprzeciwko niego, toteż po chwili
nieznajomy zrównał się z nim. Między nimi była wyraźna różnica wzrostu i
postury. Mario mierzył prawie dwa metry. Miał silną muskularną budowę, latami
trenowaną w pocie czoła podczas połowów. Przybysz zaś, sprawiał wrażenie
przeciętnego, którego ciało nie jest zdolne do jakiegokolwiek ogromnego
wysiłku.
W tym momencie
mój wzrok przykuło coś nietypowego. Do tej pory nie zwracałem na to uwagi. Lewa
ręka przybysza, a dokładnie lewe przedramię, było owinięte materiałem. Gdy
przyjrzeć się uważnie, był to zwykły płaszcz spod którego wystawały bandaże
owijające rękę.
Nie było mi dane
jednak dane zastanowić się nad tym dłużej.
- Czy jest tu
jakaś gospoda, gdzie mogę przenocować? - spytał nieznajomy, odwracając głowę w
naszą stronę.
- Jeśli masz
życzenie odpoczynku, będę rad jeśli zagościsz w naszej plebanii. Jest co prawda
skromna, jednak każę przygotować twój pokój z jak największą starannością i…
- Dziękuję, ale
nie będzie to konieczne. Wystarczy mi zwykłe łóżko.
- Proszę zatem,
chodź ze mną. Jednak nim przekroczysz moje skromne progi, pragnę spytać Cię o
imię oraz – proszę wybacz moją ciekawość – skąd pochodzisz?
Nieznajomy
odwrócił się nieznacznie w moją stronę. Jego spojrzenie było dziwne,
tajemnicze, nie wyrażające żadnych emocji.
- Jestem Witold i
pochodzę z Polski.
* * *
Siedziałem u
siebie w pokoju, gdy usłyszałem ciężkie kroki, które wywoływały skrzypienie
schodów prowadzących na poddasze, gdzie nocował Witold.
Przyznam
szczerze, że gdy tylko usłyszałem skąd pochodzi, moje zdumienie osiągnęło
zenit. Wiem, że ostatnimi czasy Polaków można spotkać w całej Europie. Bez
własnego kraju, który rozszarpany został i podzielony pomiędzy trzy mocarstwa,
błąkali się po licznych miastach Francji i Włoch, niczym cienie. Nawet tutaj,
dochodziły nas wieści o ich zbrojnych powstaniach przeciwko okupantom, o ich
porażkach, a mimo to do tej pory nie spotkałem ani jednego. Skupiali się raczej
w dużych miejscowościach, gdzie tworzyli swoje polskie oddziały albo gdzie
perspektywy przeżycia wydawały się większe.
Byłem ogromnie
ciekaw jakie koleje losu sprowadziły Witolda w to miejsce i jak został łowcą,
jednak z szacunku do jego osoby, powstrzymałem się od zadawania pytań. Nie moja
to rola znać jego życie i kierować nim, a jeśli zechce wyjawić mi swoją
historię, wtedy chętnie go wysłucham.
Witold zszedł na
dół i stał już przy drzwiach. Było dość wcześniej, jednak mimo to przez okno
widziałem, jak pod plebanią zebrał się tłum gapiów. Ciekawscy, którzy chcieli
towarzyszyć przybyszowi do samej kopalni. Doktor Stefano mówił, że wczoraj
wieczorem przyjmowano zakłady o to, czy przybysz da radę całej hordzie
wampirów. Tym bardziej byłem pełen
podziwu dla spokoju, który od niego emanował.
- Dzień dobry przyjacielu, jak noc? Warunki nie są może najlepsze…
- Dziękuję dobrze, a i na pokój nie mogę narzekać. W porównaniu z
miejscami, w których przyszło mi nocować, czuję się jak w luksusowym
apartamencie.
- Cieszę się, może zechcesz coś zjeść?
- Nie, chcę się udać do tej kopalni. Gdyby ktoś z was ojcze
zechciał wskazać mi drogę…
- Ależ oczywiście, sam udam się tam z Tobą udzielić Ci
błogosławieństwa.
Witold nic nie
odparł, tylko kiwnął porozumiewawczo głową. Mój wzrok mimowolnie powędrował na
lewą rękę przybysza, która tak jak poprzednio była schowana pod połacią
materiału. Zaciekawienie wymalowane w tym momencie na mojej twarzy nie uszło
chyba uwagi wędrowcy, gdyż odruchowo cofnął rękę i dał krok na przód.
- Ruszajmy zatem.
Jak się okazało,
przed plebanią znajdował się już nie mały tłum ciekawskich, który szczelnym
półpierścieniem otoczył wejście do budynku.
Wśród zebranych
panowała cisza. Każdy z zaciekawieniem przyglądał się nieznajomemu. Wszyscy
byli ciekaw, w jaki niby sposób, stojący przed nimi mężczyzna upora się z tak
groźnym przeciwnikiem jakim były wampiry.
Witold zdawał się
nie zauważać tłumu, który go otaczał i spokojnie dał kilka kroków na przód, a
ja zaraz za nim. Wóz, którym chciałem zabrać Witolda na miejsce stał już
przygotowany. Na pojeździe doktor Stefano trzymał lejce. Bez słowa wsiedliśmy
na drewnianą konstrukcję, która na co dzień służyła do transportu górników do
kopalni. Witold rozłożył się z tyłu na podłodze, ja zaś usadowiłem się obok
Stefano, który w tym momencie nakazał koniom ruszyć.
Gdy odwróciłem
głowę w kierunku, gdzie stał tłum, dostrzegłem jak wiele wystraszonych i
pozbawionych nadziei oczu wodzi za nami. Czy były to moje wewnętrzne obawy, czy
też udzielił mi się ogólnie panujący nastrój, w moje serce po raz kolejny wlał
się niepokój. Witold w tym czasie leżał na powozie, przesłaniając jedną ręką
oczy od coraz silniejszych promieni słońca. Emanował takim spokojem, że można
by się zastanawiać, czy ten nieszczęśnik wie, na co się porywa.
Kilku mieszkańców
miasteczka postanowiło się udać z nami. Osiodławszy swoje konie podążali za
powozem, którego koła od czasu do czasu trzeszczały na wybojach. Nie pamiętam
ilu ich było dokładnie, może dziesięciu może dwudziestu. Nie miało to wtedy dla
mnie najmniejszego znaczenia.
- Mam prośbę – rzekł Witold, nie odsłaniając oczu.
- Słucham?
- Gdy będziemy na miejscu, niech nikt, ale to nikt, nawet ojciec,
nie zbliża się do kopalni bliżej niż na 100 jardów.
- Rozumiem. Nie chcesz, aby któraś z tych bestii omamiła swoimi
czarami kogoś z zebranych. Chociaż za dnia wampiry nie są aktywne.
- To nie ma znaczenia – Witold dopiero teraz odsłonił oczy i
skierował je w moją stronę. Od jego spojrzenia nieprzyjemne ciarki przechodziły
po plecach – Prawdą jest, że będą się bały wyleźć ze swojej jamy, jednak w
kopalni, gdzie zapewne panują istne ciemności, mogą się panoszyć jak w nocy.
Miał rację. Wiedziałem, że nawoływaniom wampirów jest w stanie
oprzeć się człowiek tylko o silnej wierze i niezłomnej woli. Nieznajomy sprawiał
wrażenie bardzo pewnego siebie.
* * *
Powoli
zbliżaliśmy się na miejsce. Mijaliśmy ostatni zakręt pomiędzy dwiema skalnymi
ścianami. Gdy tylko koła wozu się wyprostowały, nieznajomy zerwał się
niespodziewanie i zakomenderował, żebyśmy się zatrzymali. Stefano natychmiast
zatrzymał konie. W jednej chwili Witold zeskoczył z wozu, dał kilka kroków na
przód i stanął tuż przed końmi, które ciągnęły nasz wóz. Pozostali mieszkańcy,
którzy zdecydowali nam się towarzyszyć, również się zatrzymali w nieznacznej odległości.
- Dalej pójdę sam – rzekł Witold, opuszczając swój niewielki worek
na ziemie. Nim opadł kurz, zsunął z lewej ręki płaszcz. To co ujrzałem,
przerosło moje – a zapewne i innych zebranych - najśmielsze oczekiwania. O ile
od barku do łokcia jego ręka niczym się nie wyróżniała, o tyle nieco poniżej
stawu kończyło się ciało, a zaczynała dziwna metalowa konstrukcja. Przez
dłuższą chwilę zastanawiałem się czy to specjalny rodzaj uzbrojenia i dopiero
po dłuższej chwili dotarło do mnie, że to nie była kawałek zbroi, a specjalnie
zrobiona proteza. Dwa czy może trzy razy, u rannych żołnierzy wracających z
wojny, widziałem protezy, które stanowiły przedłużenie utraconych podczas walki
kończyn. Były one jednak bardzo proste, by nie powiedzieć, prymitywne. Co dziwniejsze,
do tej pory widziałem coś takiego, tylko u ludzi, którzy mieli to nieszczęście
stracić nogę, aby chociaż w niewielkim stopniu ułatwić chodzenia. Na dodatek
były zrobione z drewna. Witold natomiast posiadała precyzyjnie zrobioną
metalową protezę, której zrobienia nie mógłby się powstydzić żaden kowal czy
płatnerz.
Podczas gdy
wszyscy wpatrzeni byliśmy w Witolda, on sięgnął szybko do swojego worka i wyjął
z niej dwie rzeczy. Jedną prostokątną, przypominającą kształtem wielką księgę,
którą umocował do stalowego ramienia. Druga swoim kształtem przypominała korbę
podobną do tej, której żołnierze używali przy kuszach zanim broń palna
całkowicie wyparła białą. Przymocowawszy ją do ręki, Witold ruszył dalej wprost
do ciemnego wejścia kopalni.
Z każdym kolejnym
krokiem, gdy jego sylwetka malała, serce biło mi coraz mocniej, a zimny pot
spływał po mojej twarzy. Nadludzkim wysiłkiem zmusiłem się, aby kilka razy
nakreślić znak krzyża w powietrzu i pobłogosławić nieznajomego. Ręce drżały mi
jak nigdy. Miałem wrażenie, że zaraz odpadną. Modlitwą usiłowałem dodać sobie
otuchy, ale i to na nic się zdało.
Witold natomiast
był coraz bliżej wejścia. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i czarna otchłań
pochłonie go całkowicie, być może na zawsze. Mężczyzna nie zwalniał kroku,
kroku pewnego i równego. Gdy był już około trzydziestu metrów od wejścia do
kopalni, uniósł metalową rękę i przekręcił kilka razy korbą. W jednej chwili
kilka strzał wystrzeliło z miejsce, gdzie powinna być dłoń i trafiła w czarny
całun wejścia. W jednej chwili naszych uszu dobiegł przeraźliwy skowyt. Wrzask,
którego nie jestem w stanie sobie przypomnieć, nie mówiąc już o jego opisaniu.
Był to hałas, którego nigdy wcześniej nie słyszałem, a od którego włos jeżył
się na plecach. Wrzaski nie ustały a przeszywający uszy syk rozległ się i zlał
w jedno z odgłosami agonii, tworząc prawdziwą kakofonię, która w jednej chwili
sparaliżowała wszystkich zebranych.
Witold natomiast
szedł dalej, wypuszczając ze swojej piekielnej broni kolejne strzały. Kolejne
wrzaski dobywały się z kopalni. Parł dalej na przód, aż w końcu jego sylwetkę
pochłonęły mroki jaskini.
* * *
Gdy tylko Witold
wszedł do jaskini, jego nogi natrafiły na miękkie ciało jednego z – o ile w
przypadku pomiotów szatana można użyć tego słowa – martwego już wampira.
Wykręcone w nienaturalny sposób ciało, parowało w miejscach, gdzie utknęły
święcone strzały ciosane z drewna osiki. Grymas bólu, który wykrzywił twarz,
sprawił, że nawet taki doświadczony łowca jak Witia doznał nieprzyjemnego
uczucia.
Mężczyzna szybko
się otrząsnął i ruszył dalej. Doskonale wiedział, że jego misja jeszcze nie
jest skończona. W dalszej części szybu czekały na niego kolejne bestie. Co
prawda nie wiedział, ile ich było, obstawiał jednak, że nie więcej niż
dwadzieścia. Nigdy ani on, ani jemu podobni, nie napotkało skupisk większych
niż piętnaście osobników. Od ojca Agostino wiedział, że kopalnia składa się
tylko z jednego szybu. To znacznie ułatwiało misje, gdyż eliminowało ryzyko
zaskoczenia łowcy.
Witold rozłożył
swój tobołek na ziemi i rozwinąwszy połać materiału dobył z niego gruby,
półmetrowy kijek, który następnie wsunął w otwór metalowego przedramienia. Na
końcu drewna znajdowała się nasączona oliwą szmata, która podpalona krzesiwem,
szybko zajęła się ogniem. Następnie wymienił magazynek z osikowymi bełtami na
nowy i tak uzbrojony ruszył powolnym krokiem w głąb kopalni, oświetlając sobie
drogę pochodnią.
W przeciwieństwie
do światła słonecznego, płomień ognia nie odstraszał wampirów. Witold wiedział
o tym i nie raz zastanawiał się, dlaczego tak się dzieje i jedyne wyjaśnienie
jakie nasunęło mu się w myśli to intensywność z jaką światło słoneczne świeci.
Niestety na chwilę obecną człowiek nie wynalazł nic, co chociaż w niewielkim
stopniu dorówna blasku złotej tarczy na nieboskłonie, dlatego też Witia musiał
być niezwykle ostrożny zwłaszcza, że przeciwnik poza przewagą liczebną, władał
także nadludzką siłą. W starciu jeden na jednego zwykły człowiek nie miał
najmniejszych szans na wygraną.
Witold stawiał
kroki powoli i najciszej jak potrafił, co akurat było zbędnym zabiegiem, gdyż
przeciwnik już dawno wiedział o jego obecności. Bestie potrafią wyczuć krew
ofiary na kilometr. Płomień pochodni tańczył na jej końcu, nieznacznie
rozjaśniając niewielką przestrzeń wokół łowcy. Mężczyzna czuł, jak serce bije
mu coraz mocniej. Przed nim jawił się niewielki fragment oświetlonego tunelu, a
dalej pustka. Czarny całun zasłaniał drogę.
Lekki ruch
powietrza sprawił, że płomień ognia zatańczył bardziej energicznie. Witold
przystanął na chwilę. Prawie każdy mięsień jego ciała był napięty, gotowy do
natychmiastowego zrywu. Ten nastąpił chwilę potem. Dwie bestie wypadły z
ciemności niemal jednocześnie. Łowca odruchowo przekręcił korbą i kusza wypluła
z siebie serie kilku bełtów, z czego połowa chybiła celu. Druga część trafiła,
może nie idealnie tak jakby sobie tego życzył strzelec, ale dało to Witoldowi
wystarczająco dużo czasu, aby dobyć zza pasa niewielkich rozmiarów siekierę i
doskoczyć do pierwszego wampira. Jeden silny zamach i głowa bestii odpadła od
tułowia. Nim dotknęła podłoża, łowca był już przy drugiej ofierze. Wampir
uchylił się przed pierwszym ciosem i już miał skontrować, gdy nagle poczuł jak
ostrze siekiery wbija mu się w brodę. Nim zdążył zareagować, kolejne trzy bełty
ugodziły go w oczy i usta. Charcząc bestia padła na ziemię, a ugodzona kolejnym
ostrzem prosto w serce, skonała.
Płomień pochodni,
miotany we wszystkie strony, nie zdążył się jeszcze uspokoić, po chwili i
bezgłowy wampir zginął z osinowym kołkiem wystającym w piersi.
Łowca dwoma
zręcznymi ruchami wyjął pusty już magazynek i zastąpił go nowym. W momencie gdy
zamek podtrzymujący pojemnik z bełtami odpowiedział charakterystycznym
kliknięciem, z ciemności wyskoczyły trzy kolejne bestie. Witold odruchowo
odskoczył do tyłu i nim upadł plecami na twarde podłoże, zdołał posłać serię
strzał, godząc dwóch przeciwników. Trzeci zdążył się uchylić i w jednej chwili
znalazł się obok mężczyzny. Silne ramie chwyciło Witolda za lewe ramię i
porwało w górę. Mięsień przeszyła fala bólu. Mężczyzna w odruchu wierzgnął
nogami uderzając twardą podeszwą przeciwnika w twarz, jednak na wampira tylko
to rozjuszyło. Cisnął Witoldem, jak szmacianą lalką i ten zatrzymał się dopiero
na najbliższej ścianie. Krzyk bólu wyrwał się z jego ust i opadł z hukiem na
ziemię. Pochodnia, która do tej pory umocowana była na stalowym przedramieniu,
upadła niedaleko lecz na szczęście dla łowcy nie zgasła. Płomień zmalał jednak
znacznie i Witold musiał działać szybko, nim zapadnie całkowita ciemność. Gdy
to nastąpi, będzie zgubiony.
Bestia znów
ruszyła do ataku. Dystans kilku metrów, który dzielił wampira od swojej ofiary,
pokonał w jednej chwili. Łowca po raz kolejny poczuł silny uścisk, tym razem na
swoim karku. Miał tylko parę sekund na działanie, nim wampir zatopi w jego
ciele swoje kły i wraz z krwią wyssie jego życie. Zdrową ręką dobył krzyż,
którym obdarował go ojciec Dario podczas namaszczenia na łowcę i natychmiast
przycisnął go do dłoni przeciwnika. Głośne skwierczenie i swąd palonego mięsa
od razu rozeszły się po miejscu, gdzie się znajdowali. Wampir ryknął z bólu i
szybko cofnąwszy rękę odskoczył od swojej ofiary. Witold postanowił wykorzystać
chwilową niedyspozycje przeciwnika. Zerwał się na nogi i ruszył do ataku,
zwolniwszy blokadę ostrza, które w jednej chwili zabłysło w coraz słabszym
świetle płomienia i z niezwykła łatwością zagłębiło się w zimnym ciele wampira,
przebijając miejsce, gdzie jeszcze zapewne nie tak dawno, biło serce pełne
życia.
Bestia
oszołomiona chciała już chwycić Witolda swoimi silnymi, długimi rękoma. Seria
kilku bełtów, które po kolei wbijały się w jej ciało, sprawiły, że opadła bez
życia na ziemie, zaraz gdy tylko Witold wyjął ostrze z jej piersi.
* * *
Nie jestem w stanie powiedzieć, jak długo
przybysz przebywał w kopalni. Każda minuta zdawała ciągnąć się w
nieskończoność. Cisza, która panowała wśród zebranych, od czasu do czasu
przerywana była krzykami, tak głośnymi i tak strasznymi, że ciarki przechodziły
po plecach, każdemu, kto je tylko usłyszał. Wrzaski te były przerażające jakby
– Panie, wybacz mi proszę to porównania – jakby samego diabła obdzierano ze
skóry.
Chcąc, chociaż na chwilę odciągnąć myśli ludzi od tych
wydarzeń, z pomocą doktora Stefano zorganizowałem mszę polową, na której
poprosiłem zebranych o modlitwę w intencji naszego wybawcy…naszej jedynej
nadziei.
Nie potrafię jednak opisać,
jak wiele sił mnie to kosztowało. Wrzaski, które co jakiś czas dochodziły mych
uszu, sprawiały, że słowa modlitwy, bądź to więzły mi w gardle, bądź były
wypowiadane nieskładnie. Spokój i ukojenie, które wraz z modlitwą miałem
nadzieję, wleją się w serca zarówno zebranych jak i w moje, nie nadchodziły.
Strach był na tyle silny, że prawdopodobnie każdy z zebranych myślami był przy
kopalni. Panie, błagam wybacz nam wszystkim, jesteśmy słabymi i prostymi
ludźmi. Nie nam interpretować twoje wyroki i to co dzieje się na ziemi.
- Patrzcie!
Krzyk mężczyzny sprawił, że
wszyscy zwróciliśmy spojrzenia w miejsce, w którym pokazywał, mianowicie na
wejście do kopalni. Czy to możliwe? Czyżby…?
Oto naszym oczom ukazał się
przybysz, który powolnym krokiem opuszczał mroki kopalni i kierował się w naszą
stronę. Chód jego oraz wygląd wskazywały na ogromne zmęczenie. Oddech zdawał
się mieć ciężki, jednak mimo to twardo trzymał się na nogach. Wszyscy jak jeden
mąż ruszyliśmy mu naprzeciw. Przecisnąwszy się przez tłum, podszedłem do
przybysza, któremu teraz dopiero mogłem się przyjrzeć.
Miał mocno przybrudzony i
lekko podniszczony strój. Tu i ówdzie znajdowały się plamy zastygłej już krwi.
- Czy….czy… - słowa nie potrafiły przebić się na zewnątrz
przez ściśnięte gardło.
Wędrowca nic nie odparł, tylko pokiwał twierdząco głową i
nieprzytomny padł na ziemię. Kilku silnych mężczyzn od razu doskoczyło do niego
i wziąwszy na ręce, ułożyli na powozie, który tu przyjechaliśmy. Doktor Stefano
czuwał przy łowcy, któremu na szczęście, jak się okazało nic poważnego nie
dolegało. Jedynie nadmierny wysiłek znacząco nadwątlił jego siły.
Lejcami dałem znać koniom i ruszyliśmy w stronę miasta. W
czasie jazdy dostrzegłem jak słońce powoli chowa się za horyzontem, jednak to
co do tej pory napawało mnie niepokojem – zapadający wieczór – teraz napełniało
mnie spokojem. Dzięki ci panie za twoją łaskę i pomoc w potrzebie.