Z Dziennika Ojca Agostino
prałata parafii w Lecco w północnych
Włoszech, 14 września roku pańskiego 1837.
Piszę te słowa w nadziei, że chociaż w niewielkim stopniu
przyniosą one ukojenie mojemu sercu w tych trudnych chwilach. Tak jak
spowiednik, który przychodzi do mnie, aby zrzucić z siebie ciężar swoich win,
tak i ja pragnę Panu naszemu, zwierzyć się ze swoich boleści, które mnie
dopadły w wyniku pewnych wydarzeń, które opiszę później. Chcąc jednak być
dokładnym oraz mając nadzieję, że analizując całą sytuację od początku, uda mi
się z Bożą pomocą znaleźć wyjście z obecnego stanu rzeczy.
Już trzy tygodnie minęły odkąd życie w naszym miasteczku
zamarło. Przez ten czas, jakże wiele się zmieniło. Miejscowość nasza, niewielka,
ale niegdyś dobrze prosperująca dzięki kopalni rudy żelaza, która ostatnio
zyskała na wartości w wyniku rozwoju przemysłu, teraz popadła w całkowitą
stagnację. Jednak to nie pieniądze napływające tutaj licznymi strumieniami
zepsuły ludzi, czego z początku tak się obawiałem. Jako, że właścicielem
kopalni było samo miasto, którego władze były ściśle rozliczane przez
obywateli, nie dochodziło do nadużyć ani defraudacji. Z resztą nadmienić
należy, że mało jest już miejsc na świecie, gdzie ludzie są tak uczciwi i
dobroduszni, toteż tym ciężej jest mi się pogodzić z wydarzeniem, które trzy
tygodnie temu sprawiło, że to spokojne miejsce na mapie Europy, która ogarnięta
jest wojnami i konfliktami, przestało być tą enklawą.
Trzy tygodnie temu właśnie, górnicy wracali do pracy po przerwie,
która miała miejsce w związku z obchodami kolejnej rocznicy założenia naszego
miasta. Podczas tej trwającej trzy tygodnie nieobecności ludzi, w kopalniach
naszego miasta osiadło zło, które chyba już na dobre zapuściło tutaj swoje
korzenie.
Wtedy to bowiem wyruszyła pierwsza ekspedycja górników,
której zadaniem było sprawdzenie szybów pod nowy sezon wydobywczy. Sam
błogosławiłem tych dzielnych ludzi, których ciała spoczywają dzisiaj w szybie
kopalnianym, a ich dusze czekają aż wreszcie udadzą się na wieczny spoczynek.
Do kopalni wyruszyli w sile dwudziestu siedmiu ludzi w tym syn naszego
burmistrza, Filippo. Wymieniam jego imię, gdyż on to jako jedyny wrócił tego
dnia żywy.
Ten dzień zapamiętam do końca mojego życia, niezależnie
od tego, ile jeszcze lat mi zostało. Górnicy skoro świt wyruszyli do kopalni.
Słońce jednak nie doszło jeszcze do zenitu, gdy z werandy mojej plebanii
dostrzegłem, jak samotna postać kieruje się z gór w kierunku miasta. Krok miała
nerwowy i odnieść można było wrażenie, że postać lada chwila upadnie,
potknąwszy się o własne nogi. Zaniepokojony zawołałem ministranta, który także
mieszkał na plebanii, a w tej chwili pracował w ogrodzie, aby udał się ze mną.
Wyszliśmy przybyszowi naprzeciw i jak się
zorientowaliśmy, to był Filippo. Jego wygląd mocno nas zaniepokoił. Cały się
trząsł, a twarz zdradzała ogromne przerażenie. Podeszliśmy do niego, ten jednak
odskoczył od nas i przeżegnawszy się kilka razy, padł na kolana i złączywszy
dłonie, jął się modlić.
- Synu, co się stało? – spytałem, podchodząc bliżej.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie…
- Luigi, biegnij do lekarza ile sił w nogach i
przyprowadź go tu choćby i na plecach.
- Tak ojcze.
Luigi pognał co sił do pobliskiej kliniki, ja natomiast
zostałem z Filippo.
- Synu – ukląkłem obok niego i położyłem mu rękę na
ramieniu. On jednak nie przestawał się modlić. Bez ustanku powtarzał jedną i tą
samą modlitwę, a sam sprawiał wrażenie nieobecnego.
- Chodź ze mną – wstałem z kolan i chwyciwszy go
delikatnie za ramię – bałem się, żeby znów się nie spłoszył – pomogłem mu
wstać. Nie stawiał oporu i dał się poprowadzić do na werandę plebanii.
Posadziłem go w swoim bujanym fotelu i przyjrzałem mu się uważnie. Twarz w
dalszym ciągu zdradzała olbrzymie przerażenie, usta jego szeptały słowa
modlitwy. Próbowałem z nim porozmawiać, dowiedzieć, co się stało, jednak
bezskutecznie. Miałem wrażenie, że jego umysł jest zupełnie w innym miejscu.
Opuścił cielesną powłokę i krążył gdzieś wokół czegoś, co doprowadziło go do
takiego stanu. Dopiero teraz, ku swojemu zdziwieniu zauważyłem, że jego ubranie
było zniszczone. Nie tak, jak to zwykle bywa podczas prac wydobywczych. Nogawki
spodni wyglądały jakby ktoś je poprzecinał wzdłuż nożem. To samo było z
koszulą, której rękawy i dolna część była całkowicie postrzępiona. Przedramiona
Filippo były natomiast podrapane niemal do krwi.
W tej chwili nadbiegł Luigi, który przyprowadził ze sobą
lekarza.
- Witaj ojcze Agostino… - przywitał się dusząc ciężko.
Nadążenie za młodym ministrantem kosztowało go sporo sił.
- Przepraszam, że tak nagle cię wezwałem, ale czułem, że
będę potrzebował twojej pomocy.
- Nic się nie stało ojcze, po to tu jestem… W czym mogę
pomóc? – spytał, gdy w końcu złapał oddech – Czy to nie Filippo?
- Tak. Właśnie dlatego cię tu wezwałem.
- Coś się stało? Wypadek w kopalni?
- Tego nie wiem, nie chce nic powiedzieć, tylko odmawia
jedną i tą samą modlitwę.
Stefano podszedł do Filippo i przyjrzał mu się uważnie.
Zbadał puls, źrenice, węzły chłonne. Chłopak przez ten czas siedział
nieruchomo. Odniosłem wrażenie, że powoli się uspokaja. Przestał wymawiać słowa
modlitwy i spoglądał teraz to na mnie to na Stefano.
- Filippo – rzekł spokojnie lekarz – Filippo, wszystko w
porządku, jesteśmy tutaj ja i ojciec Agostino.
Chłopak nic nie odparł, tylko przeleciał wzrokiem po
naszych twarzach.
- Już wszystko dobrze, jesteśmy przy tobie. Rozumiesz
mnie?
Chłopak pokiwał twierdząco głową.
- Dobrze więc… wiem, że to trudne, ale… musisz nam
powiedzieć, co się stało. Gdzie są pozostali górnicy.
W tej chwili Filippo wstrząsnęła fala silnych konwulsji.
Gdyby nie to, że nasza trójka go przytrzymała, pewnie spadłby z krzesła na
podłogę. Kilka dobrych minut musiało upłynąć, nim chłopak się uspokoił.
- To nie ma sensu ojcze, cokolwiek się wydarzyło,
poważnie wyryło się w jego psychice i ciężko będzie coś z niego wydobyć.
- Może powinniśmy sami udać się na miejsce i sprawdzić co
się stało?
- Tak też uważam, jednak nie można Filippo zostawić
samego. Luigi.
- Słucham.
- Chcę cię prosić, abyś udał się do burmistrza i
opowiedział wszystko co tu się stało, ja natomiast przygotuję wóz i razem z
ojcem Agostino udamy się na miejsce. Gdybyś spotkał stróża, nie wahaj się go
wezwać tutaj. Każda pomoc może być potrzebna.
- Dobrze, już biegnę.
- Filippo – Stefano zwrócił się znów do górnika –
poczekaj tutaj z ojcem Agostino, idę przygotować wóz, rozumiesz?
Jak na komendę, oczy chłopaka się rozszerzyły. Silna ręka
chwyciła mężczyznę za przegub dłoni. Obaj popatrzyliśmy zdziwieni na Filippo,
który starał się teraz coś powiedzieć.
- Nie… Nie… Nie jedźcie… zaklinam… nie
- Filippo, musimy zobaczyć co z pozostałymi – odparłem
spokojnie, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Nie… Nie… przepadli… nie…
- Nie rozumiem – Stefano popatrzył na mnie pytająco.
Poczułem jak pot spływa mi po czole. Nie wiem czemu słowa Filippo, tak mnie
przeraziły.
- Filippo, synu, dlaczego mamy nie jechać? – ukląkłem
przy chłopaku.
- Nie… nie…
- To nie ma sensu ojcze. Pójdę przygotować wóz.
- Zaczekaj Stefano – dałem znak, żeby mężczyzna zaczekał,
a sam zwrócił się znów do chłopaka – czy coś nam grozi?
Chłopak nic nie odparł tylko pokiwał głową.
- Czy to wielkie niebezpieczeństwo?
Filippo znów pokiwał głową.
- Dobrze… - wziąłem głębszy oddech – powiedz nam, chociaż
jednym słowem, co to za niebezpieczeństwo.
Chłopak przełknął nerwowo ślinę. Przez dłuższą chwilę nic
nie odpowiadał, toteż straciłem nadzieję, że czegoś się dowiem. Wstałem z kolan
i miałem już udać się ze Stefano, pomóc mu przy koniach, gdy Filippo wydobył z
siebie słowo.
W tym momencie cały świat przestał dla mnie istnieć.
Obawy, które mnie nawiedziły nie okazały się niestety bezpodstawne. Wprost
przeciwnie, ziścił się koszmar, o którym nie śmiałem nawet myśleć. To jedno
słowo spadło na mnie niczym głaz i wiedziałem doskonale, że ów głaz toczy się z
ogromną prędkością w kierunku miasta.
- Wampiry…
* * *
W domu burmistrza panował zgiełk, którego nie jestem w
stanie opisać pomimo faktu, iż po części sam jestem jego sprawcą.
Zaraz po tym, jak Filippo zdradził okrutny sekret
kopalni, nadjechała dorożka z burmistrze Lecco. Mężczyzna mimo słusznej postury
– swego czasu pracował przy wyrębie lasu – ledwo pojazd się zatrzymał, wypadł z
dorożki niczym oparzony i już stał przy nas. Chwycił syna za rękę. Jego spalone
słońcem lico poorane było zmarszczkami. Czarne wąsy poruszały się nerwowo, a
siwiejąca czupryna lepiła się od poty.
- Filippo, Filippo, co ci jest? Synu mój… - mamrotał
cicho – ojcze Agostino, gdy tylko Luigi mi powiedział, co się stało, wybiegłem
z gabinetu. Co się stało?
- Obawiam się – zacząłem niepewnie, ciągle nie mogąc
dojść do siebie, po tym co usłyszałem – że sytuacja jest o wiele poważniejsza.
- Jak to?! – Vittorio omal nie upadł, sądząc, że to z
jego synem jest coś nie tak.
- Proszę się uspokoić – odparł Stefano, który także
powoli dochodził do siebie – z pana synem jest wszystko w porządku. Doznał
silnego wstrząsu, ale nie tutaj tkwi problem.
- Nie… nie rozumiem. Skoro z Filippo jest wszystko w
porządku, to...
- Proszę… zaraz wszystko panu wyjaśnię – odparłem,
pokrótce opowiedziałem Vittorio o wydarzeniach dzisiejszego przedpołudnia.
Gdy skończyłem, mężczyzna w jednej chwili zachwiał się
tak mocno, że omal nie przeleciał przez poręcz werandy. W jego piwnych oczach,
z których zawsze biła siła i niespotykana pewność siebie, teraz wyczytać można
było strach.
- To… to nie możliwe… ojcze Agostino, proszę powiedzieć,
że to nie prawda…
- Niestety obawiam się, że to prawda.
Zapewne dziwne może się wydać, że zarówno Stefano jak i
Vittorio, tak szybko uwierzyli w historię o wampirach. Faktycznie, w
dzisiejszych czasach trudno jest spotkać tych synów szatana na ziemi. Rozwój
techniki sprawia, że nawet najodleglejsze zakamarki świata stają się łatwo
dostępne dla ludzi. O ile nocą wampir ma przewagę nad człowiekiem, o tyle za
dnia role się odwracają. Bestie te nienawidzą światła słonecznego, które jest
dla nich zabójcze. Dlatego też za dnia zaszywają się gdzieś w ciemnych
zakamarkach, czy to zamkach czy pałacach lub jaskiniach i przesypiają. Człowiek
jednak rozprzestrzenił się na ziemie tak bardzo, że mało jest miejsc, w których
wampir mógłby bezpiecznie przeczekać dzień. Duża w tym zasługa także
egzorcystów, którzy od wieków prowadzili walkę z tymi wysłannikami szatana i
którą wygrywają. Bestii tych jest już tak mało, że w wiadomościach wielu ludzi
istnieją już tylko jako legendy lub bajki, którymi straszy się dzieci.
Tak samo zapewne byłoby z moimi towarzyszami, gdyby nie
odwiedziny, pewnego znanego lekarza z Amsterdamu, który sprowadzony został do
naszego miasteczka, aby tutejsi medycy – w tym i doktor Stefano – mogli
zdobywać niezbędną wiedzę. Profesor Abraham Van Helsing, słynny specjalista od
chorób krwi, podczas jednego z obiadów w naszej plebani, na który zostali także
zaproszeni doktor Stefano oraz burmistrz Vittorio, opowiedział niesamowitą
historię, jaka wiele lat temu przytrafiła się jemu i jego przyjaciołom z
Anglii. Spotkanie ich z wampirem Draculą opisał później znakomity irlandzki
dziennikarz, a prywatnie przyjaciel profesora, Abraham Stoker.
O ile dla moich przyjaciół było to coś nowego, wręcz niewiarygodnego, o tyle dla mnie był to
dość znany temat. Sam bowiem w seminarium duchownym, miałem wiele wykładów
poświęconych wampirom i walkom z nimi. Wiele razy, po tym jak profesor Van
Helsing opuścił nasze miasteczko, jako że moi przyjaciele wykazywali żywe
zainteresowanie tą tematyką, przy prawie każdym spotkaniu dzieliłem się z nimi
swoją wiedzą na ten temat.
Teraz ową wiedzą zmuszony byłem podzielić się na wiecu, z
mieszkańcami Lecco. Z początku słowa moje były przyjęte z niedowierzaniem i gdy
wydawało się, że ludzie nie są do końca przekonani co do ich prawdziwości, z
pomocą przyszedł doktor Stefano, który potwierdził wydarzenia sprzed godziny.
Także Filippo, który ciągle jeszcze był w szoku, zjawił się na spotkaniu i
podtrzymał swoje słowa. Zaniepokojenie, które rozeszło się po sali, napawało
mnie obawami. Mój mentor, u którego pobierałem nauki, wielokrotnie podkreślał,
że wampiry, jako dzieci szatana żerują na słabej wierze człowieka. Im
zwątpienie większe, tym łatwiej potworowi – bo inaczej nie można nazwać istot,
karmiących się ludzką krwią – wpływać na człowieka, który kuszony, podąża za
wampirem, aby stać się jego ofiarą. Istoty, te panicznie bały się wszelkich
symboli oraz obrzędów religijnych, pod warunkiem jednak, że za tym wszystkim
stała niezachwiana wiara ludzka, bez której krzyż zdobiący wierzę kościoła,
jest tylko kawałkiem drewna. O ile jest to zrozumiałe, jako że istoty te są
dziećmi szatana, o tyle nie wiem dlaczego, silne światło – a już najlepiej
światło słoneczne – skutecznie odstraszało wampiry i to ono dawało nam teraz
pełną ochronę.
Czas jednak uciekał i należało podjąć zdecydowane
kroki. Żółta tarcza rozświetlająca
niebo, w końcu zniknie za horyzontem, a wtedy aż boję się pomyśleć, co może
stać się z naszym miasteczkiem.
- Ludzie! Ludzie! – Vittorio, grzmiał ze swojej mównicy,
chcąc zapanować na ludźmi. Jednak głos mu drżał i chyba tylko z Bożą pomocą,
udawało mu się nie popaść w obłęd.
- Cisza! – Stefano usiłował pomóc burmistrzowi –
Przestańcie! Trzeba zacząć działać!
- Jak działać?! – odezwał się ktoś z tłumu – jesteśmy
zgubieni. Te bestie nas wszystkich wymordują albo co gorsza zamienią w jednych
z nich!
- Jeżeli będziemy tutaj, tak stali i czekali, wówczas
niechybnie tak się stanie. Tymczasem mamy jeszcze kilka godzin, musimy ustalić,
co zrobić, aby zapobiec ich napaści, gdy znikną ostatnie promienie słońca!
Trzeba walczyć! – W Stefano jakby wstąpiły nowe siły. Człowiek, który widział
tyle ludzkiego cierpienia wywołanego chorobami – często nieuleczalnymi –
potrafił nawet w najgorszych sytuacjach, zachować trzeźwość umysłu.
- Co mamy jednak zrobić?! Walczyć?! Oręż nigdy nam w
ramionach nie ciążył! My rzemieślnicy, a nie żołnierze!
Przyjrzałem się człowiekowi, który wypowiadał te słowa.
Był to młody mężczyzna, na oko miał około czterdziestu lat, silnie zbudowany,
energiczny. Jeśli ktoś taki traci wiarę, co mają powiedzieć słabsi? Panie daj
mi sił, abym mógł na nowo wlać w tych ludzi wiarę w Twoją dobroć.
- Ludzie! – zabrałem głos – Nie o walkę z mieczem w ręku
tu chodzi, a walkę, która właśnie toczy się w waszych sercach.
Wszyscy nagle zamilkli. Każde pojedyncze spojrzenie było
skierowanie teraz we mnie. W tej właśnie chwili pojąłem słowa Vittorio, który
kiedyś na osobności powiedział mi, że „nie ważne kto będzie rządził ojcze
Agostino, bo to ty jesteś najważniejszą osobą w tym mieście i to tobie ludzie
ufają najbardziej”. Wiara w to, że uda mi się przemówić do serc mieszkańców
Lekko, z początku tak słaba, znów urosła do ogromnych rozmiarów. Jeśli tylko
uda mi się dotrzeć do ich serc, będziemy ocaleni.
- Mamy do czynienia nie ze zwykłym najeźdźcą, który
przyszedł wydrzeć nam nasze ziemie! O nie! Nie rola, nie nasze cechy, nie też
ruda żelaza z naszych kopalń, a nasze dusze! One są w niebezpieczeństwie. To
dzieci diabła zjawiły się w kopalni i zagrażają naszemu miastu. Głód krwi jest
u nich tak ogromny, że nie cofną się przed niczym!
- Ojcze Agostino co nam zatem przychodzi robić? – z tłumu
odezwała się starsza kobieta. Znałem ją bardzo dobrze. Prowadziła niewielki
sklep z żywnością i niejednokrotnie, ofiarowywała część swojego asortymentu z
okazji świąt kościelnych.
- Tylko niezachwianą wiarą w Pana naszego, odeprzemy
atak. Musicie być silni moje dzieci albowiem tylko z pomocą Boga najwyższego,
jesteśmy w stanie przetrwać ten trudnym okres.
Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, złożyłem ręce i
zacząłem wygłaszać słowa modlitwy.
Ojcze nasz któryś jest w
niebie
Święć się imię Twoje
Przyjdź królestwo Twoje
Bądź wola Twoja
Z początku modliłem się tylko ja, jednak po chwili
kolejne osoby zaczęły klękać i na tą
chwilę dom burmistrza rozbrzmiewał wspólną modlitwą wszystkich
zebranych. Dzięki ci Panie, że nie pozostawiłeś swego sługi w potrzebie i
pomogłeś na nowo wlać wiarę w serca swoich owieczek.
* * *
Czasu było coraz mniej toteż należało się spieszyć.
Trzydziestu najsilniejszych mężczyzn z naszego miasta, zostało wezwanych na
główny rynek, który znajdował się przed siedzibą burmistrza. Zadanie, które
mieli wykonać polegało na zbiciu, z belek dostarczonych przez miejscowego
stolarza, trzech krzyży, które następnie mieliśmy przetransportować w miejsce,
gdzie znajdowało się wejście do kopalni. Krzyże te, wbite w ziemię, przy samej
grocie, wypełniane wiarą ludzi miasteczka, miały skutecznie odstraszyć wampiry,
przed opuszczeniem czeluści kopalnianych o zmroku. Dodatkowo burmistrz
zarządził, aby kilka metrów za krzyżami zorganizować olbrzymie palenisko,
którego światło rozjaśniać będzie to miejsce, a cień rzucany przez krzyże,
jeszcze skuteczniej odstraszy te bestie. W tym czasie, reszta ludzi bądź to zebrała
się na placu, bądź w kościele i modlitwą wspierała rzemieślników. Sam zaś w
zaciszu swojego pokoju pisałem list, zaadresowany do władz kościelnych naszego
regionu, których siedziba znajdowała się w Mediolanie, informując je o
zaistniałej sytuacji i prosząc jednocześnie o pomoc. Gdy skończyłem,
przywołałem Luigiego, któremu wręczyłem pismo i nim zapadł wieczór, odprawiłem
w podróż, aby czym prędzej zawiadomił pomoc.
Następnie udałem się na rynek główny, gdzie prace
dobiegały końca. Doktor Stefano koordynował pracami. Gdy mnie dostrzegł,
oznajmił, że za chwilę będzie można załadować, krzyże na wozy i przewieźć je we
wskazane miejsce.
- Doskonale doktorze, jestem gotowy do drogi.
- Ojcze… - Stefano jakby zamarł – chyba mi nie powiesz,
że chcesz jechać, to zbyt niebezpieczne.
- Doktorze Stefano to mój obowiązek, jestem za was
odpowiedzialny przed Bogiem. Za was i za wasze dusze.
- Tak, wiem ojcze, ale jeśli coś by się Ojcu stało? Nie,
nie darowałbym sobie tego, że Ojca nie powstrzymałem. Ludzie cię tutaj
potrzebują. Z całą stanowczością odradzam. Ja pojadę.
- Powziąłem decyzję. Doceniam twoją troskę, jednak muszę
być miejscu. To przeklęte miejsce i chcę, być wsparciem dla was, dlatego też
zdania nie zmienię.
Wyraźna troska wymalowała się na twarzy Stefano. Był
wielkim przyjacielem, stąd też jego troska o moją osobę jest zrozumiała, jednak
musiałem jechać z nimi. Musiałem być przy nich, gdy będą wkopywać krzyże. Kto
wie, do jakiego podstępu dopuszczą się te bestie. Van Helsing opowiadał, że gdy
nie śpią, potrafią nawet na odległość wpływać na ludzkie zachowanie. Czekają
tylko na moment, najdrobniejsza chwila zawahania może okazać się zgubna.
Krzyże zostały załadowany na wozy. Każdy miał około
czterech metrów wysokości i dwa rozpiętości, grube na pół łokcia każdy.
Wykonane były, solidnego drewna dębowego, które dodatkowo zaimpregnowane
żywicą, odporne było na zjawiska atmosferyczne. Dwa wozy, jeden ciągnięty przez
cztery konie, drugi sześć, powoli sunęły w kierunku gór, zostawiając za sobą
miasteczko, pogrążone w modlitwie.
* * *
Gdy dojechaliśmy na miejsce, do zachodu słońca pozostały
jeszcze dwie godziny. Czym prędzej zeszliśmy z wozów i zabraliśmy się do pracy.
Powolnym krokiem zbliżaliśmy się do wejścia do kopalni. Szedłem na przedzie, a
obok mnie doktor Stefano, który niósł zapalone kadzidło. Delikatny szary dymek,
nieznacznie znaczył naszą drogę, po czym rozpływał się w powietrzu. Ja
dzierżyłem Pismo Święte, którego słowa cytowałem:
„Bóg nigdy nie cofa od nas swojego miłosierdzia; choć wychowuje przez
prześladowania, to jednak nie opuszcza swojego ludu.”
Im bliżej wejścia, tym bardziej przytłaczające odczucie
zaczęło mi towarzyszyć. Nie wiedziałem, czy to stan mojego umysłu, napiętego do
granic możliwości, czy sił nieczystych. Z całych sił starałem się skupić na
Słowie Bożym, by wlać odwagę w moich towarzyszy. Szliśmy w milczeniu i
zatrzymaliśmy się dopiero trzy metry przed wejście.
Nasi towarzysze ułożyli krzyże na ziemie, ja natomiast
dobyłem kropidło. Następnie je zamoczyłem w święconej wodzie znajdującej się w
glinianym naczyniu, które Stefano miał przy sobie. Pierwsze krople nie opadły
jeszcze na rozgrzany piach, gdy nagle z groty dobyły się dźwięki. Były to
wrzaski tak potworne, że wszystkim zebranym, włos zjeżył się na głowie. Bestie
ujadały tak żałośnie, jakby nieludzkie męki torturowały ich ciała. Oto siła
Słowa Bożego, dziękuję ci Panie, że nie opuściłeś nas w potrzebie.
- Idź precz szatanie i zabierz ze sobą swoje sługi. Nie
wasze to miejsce. Ziemia ta niech pozostanie święta i żaden grzech jej nie
splugawi.
Jeszcze raz skropiłem wejście do jaskini i kolejna fala
wrzasków, jeszcze potężniejsza niż poprzednia, poraziła nasze uszy.
- Ojcze Agostino, demony… one… one się boją – doktorowi
Stefano wyraźnie drżał głos. Spojrzałem na niego i widziałem, że ledwo trzyma
się na nogach. Omal nie upuścił kadzidła, z którego ciągle dobywał się dym.
- Tak, boją się, póki wiara nasza jest silna, nic nam nie
grozi.
- Ojcze, jesteśmy tutaj w sile piętnastu ludzi, czy nie
damy im rady? Z twoją pomocą, pokonamy wampiry!
- Nie! Nie waż się tam wchodzić! – czułem, że głos mój
rozchodzi się niczym grzmot – Tam gdzie ich teren, jesteśmy bezsilni.
- Ale ojcze, twoja wiara jest niezachwiana, gdybyśmy…
- Nie Stefano. Prawda, od wielu lat służę Panu naszemu Najwyższemu,
jednak boję się, że nie mam na tyle mocy, aby oprzeć się ich mocy, gdy tylko
znajdę się między nimi. Pamiętaj, że to nie są zwykli grzesznicy. Wampirem
zostaje ten, kto albo za życia dopuścił się ciężkich grzechów i klątwa jego
ofiar go dosięgła, bądź śmiertelnik ugryziony przez innego wampira przez co
dusza jego nie może zaznać zbawienia.
- Mamy broń ojcze. Nasza wiara jest silna!
- Kilofy, siekiery, łopaty… one nie są w stanie nawet
zranić wampira, nie mówiąc już o zabiciu go.
- Jakże więc łowcy wampirów są w stanie pokonać te
przeklęte istoty.
- Wampiry to stworzenia, które lawirują między życiem i
śmiercią. Są niczym dusze, które nie mogą wydostać się z grzesznego ciała.
Tylko człowiek silny, o niezmąconej wierze, potrafi zabić wampira, ale nie w
otwartej walce. Demona tego można zabić, tylko wtedy, gdy jest najbardziej
bezbronny, podczas snu. Wtedy to można zbliżyć się na tyle blisko do niego, by
móc przebić jego serce osinowym kołkiem, a to nie daje gwarancji powodzenia.
Nawet jeśli już jesteś gotowy, by zadać cios, bestia może się obudzić i
uśmiercić cię w mgnieniu oka. Są silniejsze od ludzi, potrafią wpływać na ich
wolę, a do tego są przebiegłe. Potrafią zmieniać kształty.
Stefano nic nie odparł, tylko stał w milczeniu, wpatrując
się w ciemne czeluści groty. Mój wzrok także powędrował w tamto miejsce. Czy to
omam wywołany strachem, czy też nie, zdawało mi się, że w tej czarnej otchłani
mignęło mi sylwetka jakiejś postaci. W jednej chwili poczułem, jak zasycha mi w
gardle. Odwróciłem się do naszych towarzyszy, którzy wkopali już jeden krzyż,
teraz stali i także wpatrywali się w grotę. Odnieść można było wrażenia, że ich
spojrzenia są jakby nieobecne. Oczy tępo wpatrzone przed siebie, ciała ich
znieruchomiały. Panie miłosierny!
Czym prędzej chwyciłem naczynie ze święconą wodą i
szybkim krokiem podszedłem do wejścia jaskini. Drżącą ręką zamoczyłem kropidło
w wodzie i znów pobłogosławiłem kopalnie. Wrzask jaki się dobył z wnętrza góry
sprawił, że odskoczyłem. Odwróciłem się w kierunku moich towarzyszy i
odetchnąłem z ulgą. Ich spojrzenia znów były normalne, a sami zachowywali się
jakby ich ktoś obudził ze snu.
- Nie traćmy czasu kochani! – Stefano wydał polecenie.
Chyba, podobnie jak i ja, wiedział co właśnie zaszło i chciał jak najszybciej opuścić
to miejsce. Tak, tego dnia cudem uszliśmy z życiem. Pomyśleć, że jeszcze chwila
i nasi towarzysze byliby pod całkowitą kontrolą tych demonów, a wtedy nic nie
uratowałoby Lecco.
* * *
Przez większość czasu podczas drogi powrotnej, żadne z
nas nie odezwało się ani słowem. Tarcza słońca znikała za horyzontem, rzucając
ostatnie promienie na nasze zlane potem twarze. Wszyscy, którzy znaleźli się po
chwilowym działaniem wampirów, powoli rozumieli co się stało. Strach, który
odczuwali, zachwiał ich wiarą. Wiedziałem, że te bestie wykorzystają każdy
moment, a my byliśmy wystarczająco blisko. Jak dobrze, że nie posłuchałem
Stefano i wyruszyłem z nimi.
Gdy siedziałem tak w zamyśleniu, spoglądając na słup
dymu, który dobywał się z rozpalonego przez nas ognia, rozświetlającego wejście
do kopalni i na które trzy potężne krzyże rzucają swoje cienie, usłyszałem głos
jednego z moich towarzyszy, który siedział.
- Ojcze Agostino – był to młody chłopak, pracownik
miejscowej kuźni. Długie, czarne włosy, spięte w z tyłu w kitę, opadały na jego
plecy. Jego biała koszula, była mokra od potu.
- Słucham synu.
- Wtedy… wtedy przy kopalni – chłopak schował twarz w
dłoniach i zaczął płakać – Boże, zwątpiłem, wybacz mi ojcze!
Reszta na wozie przyglądała się nam w milczeniu. W
normalnych okolicznościach nie obyło by się bez docinek i drwin. Kto to bowiem
widział, żeby dorosły mężczyzna płakał. W tej chwili jednak, każdy zdawał sobie
sprawę z powagi sytuacji. Nawet więcej, każdy – poza mną i Stefano - wiedział,
co ten chłopak teraz czuje.
- Nie musisz się tym zamartwiać – położyłem mu rękę na
ramieniu, chcąc dodać otuchy – każdy może przeżyć kryzys wiary, nawet ja.
Najważniejsze, to w decydującym momencie, nie zejść ze ścieżki dobra i nie
wyrzucać Boga z serca.
- Ale ojcze! – chłopak podniósł głowę. Jego oczy były
czerwone od łez – zawiodłem. Moja wiara… zwątpiłem. Gdybym tego nie zrobił,
one… te bestie, nie zyskałyby nade mną władzy.
- Gdybyś zwątpił… gdybyście wszyscy zwątpili, wówczas nie
byłbym w stanie wam pomóc. Wasze dusze w tej chwili należałyby do nich, a wraz
z tym całe Lecco byłoby zgubione. Wykazaliście się wielką odwagą, zostając na
miejscu i wypełniając powierzone wam zadanie do końca.
Przez długi czas panowała cisza. Moi towarzysze nie
odzywali się. Nawet Stefano, który powoził wóz. Jednak w ich oczach, jeszcze
parę minut temu zrezygnowanych spojrzeniach, znów tlił się płomień nadziej.
Dzięki ci Pani, za twą pomoc.
* * *
Nim dojechaliśmy do miasta, zapadł zmrok. Mimo to, wiele
osób wyczekiwało nas na drodze z kopalni. Przekazałem im wieści, pomijając
moment, w którym wampiry owładnęły na krótką chwilę umysły moich towarzyszy.
Jeszcze w drodze uczuliłem ich na to, aby nikomu w mieście o tym nie
wspominali, a sami przyszli do mnie na plebanie następnego dnia, bym udzielił
im błogosławieństwa.
Następnie kazałem wszystkim zebranym zamknąć się na noc w
domach, wymalować znak krzyża na drzwiach i oknach oraz uczuliłem, żeby pod
żadnym pozorem, jeśli wampiry jakimś cudem wydostałyby się z kopalni, nie
wpuszczały ich do siebie. Gdy dom zamieszkały jest przez osoby wierzące, jego
cztery ściany przesiąknięte są Bożą miłością i żaden wampir nie przekroczy jego
progu samodzielnie. Wtedy posuwa się do podstępu. Wpływa na jednego umysł jego
mieszkańców, tak jak to miało miejsce u wejścia do kopalni i nakłania do
„zaproszenia” go do domu. Gdy ofiara podda się tej sugestii i wpuści bestie,
wówczas dusza jego będzie stracona.
- Dlatego powiadam! Strzeżcie się, niech wasze domostwa
napełnia miłość do Pana naszego, a teraz idźcie, idźcie i nim wrócicie do
waszych domów, przekażcie wieści waszym sąsiadom. Przekażcie dokładnie słowo w
słowo to, co wam powiedziałem.
* * *
Pierwsza noc w nowej rzeczywistości, mimo napięcia,
przebiegła spokojnie. Choć sam nie mogłem zasnąć, wyglądając przez okna swojej
plebani, widziałem, jak pobliskie domostwa, pogrążone są we śnie. Moje myśli
zwróciły się do Luigiego. Czy mu się udało? Cała nadzieja teraz w jego rękach.
Następnego dnia zebraliśmy się ponownie w domu
burmistrza. Wyznaczyliśmy dyżury, podczas których wyznaczona danego dnia grupa
osób będzie jechała do kopalni w celu rozpalenia ognia oraz doglądania krzyży.
Była to bowiem jedyna bariera, która osłaniała nas przed niebezpieczeństwem. Na
grupę tą zawsze składały się trzy osoby z miasteczka plus ja i doktor Stefano.
Każdego wieczoru jechaliśmy do kopalni, aby na nowo
wzniecić płomień. Każdego dnia też wypatrywałem Luigiego, czy chociażby wieści
od niego, niestety nadaremnie. Przez cały ten czas kopalnia była nieużywana.
Rezerwy pieniędzy powoli się wyczerpują i w pewnej chwili zdani będziemy tylko
na siebie. Ci którzy do tej pory pracowali w górach, teraz zmuszeni byli
trudnić się rolą, która była jedynym źródłem żywności dla naszego miasta. Na
domiar złego kolejna wielka wojna, która od dłuższego czasu przetaczała się
przez Europę, zawitała także do Włoch. Przez to też zrezygnowałem w wysłania
kolejnej osoby z wiadomością do Mediolanu. Po pierwsze, jeszcze niedawny
nadmiar rąk, w wyniku wojny, przerodził się w ich niedobór. Druga rzecz, to że
w pogrążonej wojną Europie, potrzebni są ludzie, którzy szerzyć będą Słowo
Boże. Wstyd mi się do tego przyznać, ale także ja, powoli zacząłem tracić
wiarę.
Tak oto minęły trzy tygodnie. Tutaj kończę póki co swoje
zapiski. Przed chwilą wstąpił do mnie doktor Stefano, który wyglądał na
niezwykle podekscytowanego, choć ostatnie dni i na nim odcisnęły swoje piętno.
A i mnie udzielił się jego nastrój, gdy tylko obwieścił mi, co się stało. Ktoś
podąża łodzią przez jezioro Garlate, które znajduje się na południu miasta.
Tędy przybywają zazwyczaj ludzie z takich miast jak Olginate, Airuno, Merate, a
dalej na południe droga wiedzie prosto do Mediolanu. Czyżby to Luigi wracał z
wyprawy?