niedziela, 25 października 2015

ROZDZIAŁ I

            Z Dziennika Ojca Agostino prałata parafii  w Lecco w północnych Włoszech, 14 września roku pańskiego 1837.


            Piszę te słowa w nadziei, że chociaż w niewielkim stopniu przyniosą one ukojenie mojemu sercu w tych trudnych chwilach. Tak jak spowiednik, który przychodzi do mnie, aby zrzucić z siebie ciężar swoich win, tak i ja pragnę Panu naszemu, zwierzyć się ze swoich boleści, które mnie dopadły w wyniku pewnych wydarzeń, które opiszę później. Chcąc jednak być dokładnym oraz mając nadzieję, że analizując całą sytuację od początku, uda mi się z Bożą pomocą znaleźć wyjście z obecnego stanu rzeczy.
            Już trzy tygodnie minęły odkąd życie w naszym miasteczku zamarło. Przez ten czas, jakże wiele się zmieniło. Miejscowość nasza, niewielka, ale niegdyś dobrze prosperująca dzięki kopalni rudy żelaza, która ostatnio zyskała na wartości w wyniku rozwoju przemysłu, teraz popadła w całkowitą stagnację. Jednak to nie pieniądze napływające tutaj licznymi strumieniami zepsuły ludzi, czego z początku tak się obawiałem. Jako, że właścicielem kopalni było samo miasto, którego władze były ściśle rozliczane przez obywateli, nie dochodziło do nadużyć ani defraudacji. Z resztą nadmienić należy, że mało jest już miejsc na świecie, gdzie ludzie są tak uczciwi i dobroduszni, toteż tym ciężej jest mi się pogodzić z wydarzeniem, które trzy tygodnie temu sprawiło, że to spokojne miejsce na mapie Europy, która ogarnięta jest wojnami i konfliktami, przestało być tą enklawą.
            Trzy tygodnie temu właśnie, górnicy wracali do pracy po przerwie, która miała miejsce w związku z obchodami kolejnej rocznicy założenia naszego miasta. Podczas tej trwającej trzy tygodnie nieobecności ludzi, w kopalniach naszego miasta osiadło zło, które chyba już na dobre zapuściło tutaj swoje korzenie.
            Wtedy to bowiem wyruszyła pierwsza ekspedycja górników, której zadaniem było sprawdzenie szybów pod nowy sezon wydobywczy. Sam błogosławiłem tych dzielnych ludzi, których ciała spoczywają dzisiaj w szybie kopalnianym, a ich dusze czekają aż wreszcie udadzą się na wieczny spoczynek. Do kopalni wyruszyli w sile dwudziestu siedmiu ludzi w tym syn naszego burmistrza, Filippo. Wymieniam jego imię, gdyż on to jako jedyny wrócił tego dnia żywy.
            Ten dzień zapamiętam do końca mojego życia, niezależnie od tego, ile jeszcze lat mi zostało. Górnicy skoro świt wyruszyli do kopalni. Słońce jednak nie doszło jeszcze do zenitu, gdy z werandy mojej plebanii dostrzegłem, jak samotna postać kieruje się z gór w kierunku miasta. Krok miała nerwowy i odnieść można było wrażenie, że postać lada chwila upadnie, potknąwszy się o własne nogi. Zaniepokojony zawołałem ministranta, który także mieszkał na plebanii, a w tej chwili pracował w ogrodzie, aby udał się ze mną.
            Wyszliśmy przybyszowi naprzeciw i jak się zorientowaliśmy, to był Filippo. Jego wygląd mocno nas zaniepokoił. Cały się trząsł, a twarz zdradzała ogromne przerażenie. Podeszliśmy do niego, ten jednak odskoczył od nas i przeżegnawszy się kilka razy, padł na kolana i złączywszy dłonie, jął się modlić.
            - Synu, co się stało? – spytałem, podchodząc bliżej.
            - Ojcze nasz, któryś jest w niebie…
            - Luigi, biegnij do lekarza ile sił w nogach i przyprowadź go tu choćby i na plecach.
            - Tak ojcze.
            Luigi pognał co sił do pobliskiej kliniki, ja natomiast zostałem z Filippo.
            - Synu – ukląkłem obok niego i położyłem mu rękę na ramieniu. On jednak nie przestawał się modlić. Bez ustanku powtarzał jedną i tą samą modlitwę, a sam sprawiał wrażenie nieobecnego.
            - Chodź ze mną – wstałem z kolan i chwyciwszy go delikatnie za ramię – bałem się, żeby znów się nie spłoszył – pomogłem mu wstać. Nie stawiał oporu i dał się poprowadzić do na werandę plebanii. Posadziłem go w swoim bujanym fotelu i przyjrzałem mu się uważnie. Twarz w dalszym ciągu zdradzała olbrzymie przerażenie, usta jego szeptały słowa modlitwy. Próbowałem z nim porozmawiać, dowiedzieć, co się stało, jednak bezskutecznie. Miałem wrażenie, że jego umysł jest zupełnie w innym miejscu. Opuścił cielesną powłokę i krążył gdzieś wokół czegoś, co doprowadziło go do takiego stanu. Dopiero teraz, ku swojemu zdziwieniu zauważyłem, że jego ubranie było zniszczone. Nie tak, jak to zwykle bywa podczas prac wydobywczych. Nogawki spodni wyglądały jakby ktoś je poprzecinał wzdłuż nożem. To samo było z koszulą, której rękawy i dolna część była całkowicie postrzępiona. Przedramiona Filippo były natomiast podrapane niemal do krwi.
            W tej chwili nadbiegł Luigi, który przyprowadził ze sobą lekarza.
            - Witaj ojcze Agostino… - przywitał się dusząc ciężko. Nadążenie za młodym ministrantem kosztowało go sporo sił.
            - Przepraszam, że tak nagle cię wezwałem, ale czułem, że będę potrzebował twojej pomocy.
            - Nic się nie stało ojcze, po to tu jestem… W czym mogę pomóc? – spytał, gdy w końcu złapał oddech – Czy to nie Filippo?
            - Tak. Właśnie dlatego cię tu wezwałem.
            - Coś się stało? Wypadek w kopalni?
          - Tego nie wiem, nie chce nic powiedzieć, tylko odmawia jedną i tą samą modlitwę.
            Stefano podszedł do Filippo i przyjrzał mu się uważnie. Zbadał puls, źrenice, węzły chłonne. Chłopak przez ten czas siedział nieruchomo. Odniosłem wrażenie, że powoli się uspokaja. Przestał wymawiać słowa modlitwy i spoglądał teraz to na mnie to na Stefano.
            - Filippo – rzekł spokojnie lekarz – Filippo, wszystko w porządku, jesteśmy tutaj ja i ojciec Agostino.
            Chłopak nic nie odparł, tylko przeleciał wzrokiem po naszych twarzach.
            - Już wszystko dobrze, jesteśmy przy tobie. Rozumiesz mnie?
            Chłopak pokiwał twierdząco głową.
            - Dobrze więc… wiem, że to trudne, ale… musisz nam powiedzieć, co się stało. Gdzie są pozostali górnicy.
            W tej chwili Filippo wstrząsnęła fala silnych konwulsji. Gdyby nie to, że nasza trójka go przytrzymała, pewnie spadłby z krzesła na podłogę. Kilka dobrych minut musiało upłynąć, nim  chłopak się uspokoił.
            - To nie ma sensu ojcze, cokolwiek się wydarzyło, poważnie wyryło się w jego psychice i ciężko będzie coś z niego wydobyć.
            - Może powinniśmy sami udać się na miejsce i sprawdzić co się stało?
            - Tak też uważam, jednak nie można Filippo zostawić samego. Luigi.
            - Słucham.
            - Chcę cię prosić, abyś udał się do burmistrza i opowiedział wszystko co tu się stało, ja natomiast przygotuję wóz i razem z ojcem Agostino udamy się na miejsce. Gdybyś spotkał stróża, nie wahaj się go wezwać tutaj. Każda pomoc może być potrzebna.
            - Dobrze, już biegnę.
            - Filippo – Stefano zwrócił się znów do górnika – poczekaj tutaj z ojcem Agostino, idę przygotować wóz, rozumiesz?
            Jak na komendę, oczy chłopaka się rozszerzyły. Silna ręka chwyciła mężczyznę za przegub dłoni. Obaj popatrzyliśmy zdziwieni na Filippo, który starał się teraz coś powiedzieć.
            - Nie… Nie… Nie jedźcie… zaklinam… nie
            - Filippo, musimy zobaczyć co z pozostałymi – odparłem spokojnie, kładąc mu rękę na ramieniu.
            - Nie… Nie… przepadli… nie…
            - Nie rozumiem – Stefano popatrzył na mnie pytająco. Poczułem jak pot spływa mi po czole. Nie wiem czemu słowa Filippo, tak mnie przeraziły.
            - Filippo, synu, dlaczego mamy nie jechać? – ukląkłem przy chłopaku.
            - Nie… nie…
            - To nie ma sensu ojcze. Pójdę przygotować wóz.
            - Zaczekaj Stefano – dałem znak, żeby mężczyzna zaczekał, a sam zwrócił się znów do chłopaka – czy coś nam grozi?
            Chłopak nic nie odparł tylko pokiwał głową.
            - Czy to wielkie niebezpieczeństwo?
            Filippo znów pokiwał głową.
            - Dobrze… - wziąłem głębszy oddech – powiedz nam, chociaż jednym słowem, co to za niebezpieczeństwo.
            Chłopak przełknął nerwowo ślinę. Przez dłuższą chwilę nic nie odpowiadał, toteż straciłem nadzieję, że czegoś się dowiem. Wstałem z kolan i miałem już udać się ze Stefano, pomóc mu przy koniach, gdy Filippo wydobył z siebie słowo.
            W tym momencie cały świat przestał dla mnie istnieć. Obawy, które mnie nawiedziły nie okazały się niestety bezpodstawne. Wprost przeciwnie, ziścił się koszmar, o którym nie śmiałem nawet myśleć. To jedno słowo spadło na mnie niczym głaz i wiedziałem doskonale, że ów głaz toczy się z ogromną prędkością w kierunku miasta.
- Wampiry…

* * *

            W domu burmistrza panował zgiełk, którego nie jestem w stanie opisać pomimo faktu, iż po części sam jestem jego sprawcą.
            Zaraz po tym, jak Filippo zdradził okrutny sekret kopalni, nadjechała dorożka z burmistrze Lecco. Mężczyzna mimo słusznej postury – swego czasu pracował przy wyrębie lasu – ledwo pojazd się zatrzymał, wypadł z dorożki niczym oparzony i już stał przy nas. Chwycił syna za rękę. Jego spalone słońcem lico poorane było zmarszczkami. Czarne wąsy poruszały się nerwowo, a siwiejąca czupryna lepiła się od poty.
            - Filippo, Filippo, co ci jest? Synu mój… - mamrotał cicho – ojcze Agostino, gdy tylko Luigi mi powiedział, co się stało, wybiegłem z gabinetu. Co się stało?
            - Obawiam się – zacząłem niepewnie, ciągle nie mogąc dojść do siebie, po tym co usłyszałem – że sytuacja jest o wiele poważniejsza.
            - Jak to?! – Vittorio omal nie upadł, sądząc, że to z jego synem jest coś nie tak.
            - Proszę się uspokoić – odparł Stefano, który także powoli dochodził do siebie – z pana synem jest wszystko w porządku. Doznał silnego wstrząsu, ale nie tutaj tkwi problem.
            - Nie… nie rozumiem. Skoro z Filippo jest wszystko w porządku, to...
            - Proszę… zaraz wszystko panu wyjaśnię – odparłem, pokrótce opowiedziałem Vittorio o wydarzeniach dzisiejszego przedpołudnia.
            Gdy skończyłem, mężczyzna w jednej chwili zachwiał się tak mocno, że omal nie przeleciał przez poręcz werandy. W jego piwnych oczach, z których zawsze biła siła i niespotykana pewność siebie, teraz wyczytać można było strach.
            - To… to nie możliwe… ojcze Agostino, proszę powiedzieć, że to nie prawda…
            - Niestety obawiam się, że to prawda.
            Zapewne dziwne może się wydać, że zarówno Stefano jak i Vittorio, tak szybko uwierzyli w historię o wampirach. Faktycznie, w dzisiejszych czasach trudno jest spotkać tych synów szatana na ziemi. Rozwój techniki sprawia, że nawet najodleglejsze zakamarki świata stają się łatwo dostępne dla ludzi. O ile nocą wampir ma przewagę nad człowiekiem, o tyle za dnia role się odwracają. Bestie te nienawidzą światła słonecznego, które jest dla nich zabójcze. Dlatego też za dnia zaszywają się gdzieś w ciemnych zakamarkach, czy to zamkach czy pałacach lub jaskiniach i przesypiają. Człowiek jednak rozprzestrzenił się na ziemie tak bardzo, że mało jest miejsc, w których wampir mógłby bezpiecznie przeczekać dzień. Duża w tym zasługa także egzorcystów, którzy od wieków prowadzili walkę z tymi wysłannikami szatana i którą wygrywają. Bestii tych jest już tak mało, że w wiadomościach wielu ludzi istnieją już tylko jako legendy lub bajki, którymi straszy się dzieci.
            Tak samo zapewne byłoby z moimi towarzyszami, gdyby nie odwiedziny, pewnego znanego lekarza z Amsterdamu, który sprowadzony został do naszego miasteczka, aby tutejsi medycy – w tym i doktor Stefano – mogli zdobywać niezbędną wiedzę. Profesor Abraham Van Helsing, słynny specjalista od chorób krwi, podczas jednego z obiadów w naszej plebani, na który zostali także zaproszeni doktor Stefano oraz burmistrz Vittorio, opowiedział niesamowitą historię, jaka wiele lat temu przytrafiła się jemu i jego przyjaciołom z Anglii. Spotkanie ich z wampirem Draculą opisał później znakomity irlandzki dziennikarz, a prywatnie przyjaciel profesora, Abraham Stoker.
            O ile dla moich przyjaciół było to coś nowego,  wręcz niewiarygodnego, o tyle dla mnie był to dość znany temat. Sam bowiem w seminarium duchownym, miałem wiele wykładów poświęconych wampirom i walkom z nimi. Wiele razy, po tym jak profesor Van Helsing opuścił nasze miasteczko, jako że moi przyjaciele wykazywali żywe zainteresowanie tą tematyką, przy prawie każdym spotkaniu dzieliłem się z nimi swoją wiedzą na ten temat.
            Teraz ową wiedzą zmuszony byłem podzielić się na wiecu, z mieszkańcami Lecco. Z początku słowa moje były przyjęte z niedowierzaniem i gdy wydawało się, że ludzie nie są do końca przekonani co do ich prawdziwości, z pomocą przyszedł doktor Stefano, który potwierdził wydarzenia sprzed godziny. Także Filippo, który ciągle jeszcze był w szoku, zjawił się na spotkaniu i podtrzymał swoje słowa. Zaniepokojenie, które rozeszło się po sali, napawało mnie obawami. Mój mentor, u którego pobierałem nauki, wielokrotnie podkreślał, że wampiry, jako dzieci szatana żerują na słabej wierze człowieka. Im zwątpienie większe, tym łatwiej potworowi – bo inaczej nie można nazwać istot, karmiących się ludzką krwią – wpływać na człowieka, który kuszony, podąża za wampirem, aby stać się jego ofiarą. Istoty, te panicznie bały się wszelkich symboli oraz obrzędów religijnych, pod warunkiem jednak, że za tym wszystkim stała niezachwiana wiara ludzka, bez której krzyż zdobiący wierzę kościoła, jest tylko kawałkiem drewna. O ile jest to zrozumiałe, jako że istoty te są dziećmi szatana, o tyle nie wiem dlaczego, silne światło – a już najlepiej światło słoneczne – skutecznie odstraszało wampiry i to ono dawało nam teraz pełną ochronę.
            Czas jednak uciekał i należało podjąć zdecydowane kroki.  Żółta tarcza rozświetlająca niebo, w końcu zniknie za horyzontem, a wtedy aż boję się pomyśleć, co może stać się z naszym miasteczkiem.
            - Ludzie! Ludzie! – Vittorio, grzmiał ze swojej mównicy, chcąc zapanować na ludźmi. Jednak głos mu drżał i chyba tylko z Bożą pomocą, udawało mu się nie popaść w obłęd.
            - Cisza! – Stefano usiłował pomóc burmistrzowi – Przestańcie! Trzeba zacząć działać!
            - Jak działać?! – odezwał się ktoś z tłumu – jesteśmy zgubieni. Te bestie nas wszystkich wymordują albo co gorsza zamienią w jednych z nich!
            - Jeżeli będziemy tutaj, tak stali i czekali, wówczas niechybnie tak się stanie. Tymczasem mamy jeszcze kilka godzin, musimy ustalić, co zrobić, aby zapobiec ich napaści, gdy znikną ostatnie promienie słońca! Trzeba walczyć! – W Stefano jakby wstąpiły nowe siły. Człowiek, który widział tyle ludzkiego cierpienia wywołanego chorobami – często nieuleczalnymi – potrafił nawet w najgorszych sytuacjach, zachować trzeźwość umysłu.
            - Co mamy jednak zrobić?! Walczyć?! Oręż nigdy nam w ramionach nie ciążył! My rzemieślnicy, a nie żołnierze!
            Przyjrzałem się człowiekowi, który wypowiadał te słowa. Był to młody mężczyzna, na oko miał około czterdziestu lat, silnie zbudowany, energiczny. Jeśli ktoś taki traci wiarę, co mają powiedzieć słabsi? Panie daj mi sił, abym mógł na nowo wlać w tych ludzi wiarę w Twoją dobroć.
            - Ludzie! – zabrałem głos – Nie o walkę z mieczem w ręku tu chodzi, a walkę, która właśnie toczy się w waszych sercach.
            Wszyscy nagle zamilkli. Każde pojedyncze spojrzenie było skierowanie teraz we mnie. W tej właśnie chwili pojąłem słowa Vittorio, który kiedyś na osobności powiedział mi, że „nie ważne kto będzie rządził ojcze Agostino, bo to ty jesteś najważniejszą osobą w tym mieście i to tobie ludzie ufają najbardziej”. Wiara w to, że uda mi się przemówić do serc mieszkańców Lekko, z początku tak słaba, znów urosła do ogromnych rozmiarów. Jeśli tylko uda mi się dotrzeć do ich serc, będziemy ocaleni.
            - Mamy do czynienia nie ze zwykłym najeźdźcą, który przyszedł wydrzeć nam nasze ziemie! O nie! Nie rola, nie nasze cechy, nie też ruda żelaza z naszych kopalń, a nasze dusze! One są w niebezpieczeństwie. To dzieci diabła zjawiły się w kopalni i zagrażają naszemu miastu. Głód krwi jest u nich tak ogromny, że nie cofną się przed niczym!
            - Ojcze Agostino co nam zatem przychodzi robić? – z tłumu odezwała się starsza kobieta. Znałem ją bardzo dobrze. Prowadziła niewielki sklep z żywnością i niejednokrotnie, ofiarowywała część swojego asortymentu z okazji świąt kościelnych.
            - Tylko niezachwianą wiarą w Pana naszego, odeprzemy atak. Musicie być silni moje dzieci albowiem tylko z pomocą Boga najwyższego, jesteśmy w stanie przetrwać ten trudnym okres.
            Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, złożyłem ręce i zacząłem wygłaszać słowa modlitwy.

Ojcze nasz któryś jest w niebie
Święć się imię Twoje
Przyjdź królestwo Twoje
Bądź wola Twoja

            Z początku modliłem się tylko ja, jednak po chwili kolejne osoby zaczęły klękać i na tą  chwilę dom burmistrza rozbrzmiewał wspólną modlitwą wszystkich zebranych. Dzięki ci Panie, że nie pozostawiłeś swego sługi w potrzebie i pomogłeś na nowo wlać wiarę w serca swoich owieczek.

* * *

            Czasu było coraz mniej toteż należało się spieszyć. Trzydziestu najsilniejszych mężczyzn z naszego miasta, zostało wezwanych na główny rynek, który znajdował się przed siedzibą burmistrza. Zadanie, które mieli wykonać polegało na zbiciu, z belek dostarczonych przez miejscowego stolarza, trzech krzyży, które następnie mieliśmy przetransportować w miejsce, gdzie znajdowało się wejście do kopalni. Krzyże te, wbite w ziemię, przy samej grocie, wypełniane wiarą ludzi miasteczka, miały skutecznie odstraszyć wampiry, przed opuszczeniem czeluści kopalnianych o zmroku. Dodatkowo burmistrz zarządził, aby kilka metrów za krzyżami zorganizować olbrzymie palenisko, którego światło rozjaśniać będzie to miejsce, a cień rzucany przez krzyże, jeszcze skuteczniej odstraszy te bestie. W tym czasie, reszta ludzi bądź to zebrała się na placu, bądź w kościele i modlitwą wspierała rzemieślników. Sam zaś w zaciszu swojego pokoju pisałem list, zaadresowany do władz kościelnych naszego regionu, których siedziba znajdowała się w Mediolanie, informując je o zaistniałej sytuacji i prosząc jednocześnie o pomoc. Gdy skończyłem, przywołałem Luigiego, któremu wręczyłem pismo i nim zapadł wieczór, odprawiłem w podróż, aby czym prędzej zawiadomił pomoc.
            Następnie udałem się na rynek główny, gdzie prace dobiegały końca. Doktor Stefano koordynował pracami. Gdy mnie dostrzegł, oznajmił, że za chwilę będzie można załadować, krzyże na wozy i przewieźć je we wskazane miejsce.
            - Doskonale doktorze, jestem gotowy do drogi.
            - Ojcze… - Stefano jakby zamarł – chyba mi nie powiesz, że chcesz jechać, to zbyt niebezpieczne.
            - Doktorze Stefano to mój obowiązek, jestem za was odpowiedzialny przed Bogiem. Za was i za wasze dusze.
            - Tak, wiem ojcze, ale jeśli coś by się Ojcu stało? Nie, nie darowałbym sobie tego, że Ojca nie powstrzymałem. Ludzie cię tutaj potrzebują. Z całą stanowczością odradzam. Ja pojadę.
            - Powziąłem decyzję. Doceniam twoją troskę, jednak muszę być miejscu. To przeklęte miejsce i chcę, być wsparciem dla was, dlatego też zdania nie zmienię.
            Wyraźna troska wymalowała się na twarzy Stefano. Był wielkim przyjacielem, stąd też jego troska o moją osobę jest zrozumiała, jednak musiałem jechać z nimi. Musiałem być przy nich, gdy będą wkopywać krzyże. Kto wie, do jakiego podstępu dopuszczą się te bestie. Van Helsing opowiadał, że gdy nie śpią, potrafią nawet na odległość wpływać na ludzkie zachowanie. Czekają tylko na moment, najdrobniejsza chwila zawahania może okazać się zgubna.
            Krzyże zostały załadowany na wozy. Każdy miał około czterech metrów wysokości i dwa rozpiętości, grube na pół łokcia każdy. Wykonane były, solidnego drewna dębowego, które dodatkowo zaimpregnowane żywicą, odporne było na zjawiska atmosferyczne. Dwa wozy, jeden ciągnięty przez cztery konie, drugi sześć, powoli sunęły w kierunku gór, zostawiając za sobą miasteczko, pogrążone w modlitwie.

* * *

            Gdy dojechaliśmy na miejsce, do zachodu słońca pozostały jeszcze dwie godziny. Czym prędzej zeszliśmy z wozów i zabraliśmy się do pracy. Powolnym krokiem zbliżaliśmy się do wejścia do kopalni. Szedłem na przedzie, a obok mnie doktor Stefano, który niósł zapalone kadzidło. Delikatny szary dymek, nieznacznie znaczył naszą drogę, po czym rozpływał się w powietrzu. Ja dzierżyłem Pismo Święte, którego słowa cytowałem:

Bóg nigdy nie cofa od nas swojego miłosierdzia; choć wychowuje przez prześladowania, to jednak nie opuszcza swojego ludu.”

            Im bliżej wejścia, tym bardziej przytłaczające odczucie zaczęło mi towarzyszyć. Nie wiedziałem, czy to stan mojego umysłu, napiętego do granic możliwości, czy sił nieczystych. Z całych sił starałem się skupić na Słowie Bożym, by wlać odwagę w moich towarzyszy. Szliśmy w milczeniu i zatrzymaliśmy się dopiero trzy metry przed wejście.
            Nasi towarzysze ułożyli krzyże na ziemie, ja natomiast dobyłem kropidło. Następnie je zamoczyłem w święconej wodzie znajdującej się w glinianym naczyniu, które Stefano miał przy sobie. Pierwsze krople nie opadły jeszcze na rozgrzany piach, gdy nagle z groty dobyły się dźwięki. Były to wrzaski tak potworne, że wszystkim zebranym, włos zjeżył się na głowie. Bestie ujadały tak żałośnie, jakby nieludzkie męki torturowały ich ciała. Oto siła Słowa Bożego, dziękuję ci Panie, że nie opuściłeś nas w potrzebie.
            - Idź precz szatanie i zabierz ze sobą swoje sługi. Nie wasze to miejsce. Ziemia ta niech pozostanie święta i żaden grzech jej nie splugawi.
            Jeszcze raz skropiłem wejście do jaskini i kolejna fala wrzasków, jeszcze potężniejsza niż poprzednia, poraziła nasze uszy.
            - Ojcze Agostino, demony… one… one się boją – doktorowi Stefano wyraźnie drżał głos. Spojrzałem na niego i widziałem, że ledwo trzyma się na nogach. Omal nie upuścił kadzidła, z którego ciągle dobywał się dym.
            - Tak, boją się, póki wiara nasza jest silna, nic nam nie grozi.
            - Ojcze, jesteśmy tutaj w sile piętnastu ludzi, czy nie damy im rady? Z twoją pomocą, pokonamy wampiry!
            - Nie! Nie waż się tam wchodzić! – czułem, że głos mój rozchodzi się niczym grzmot – Tam gdzie ich teren, jesteśmy bezsilni.
            - Ale ojcze, twoja wiara jest niezachwiana, gdybyśmy…
            - Nie Stefano. Prawda, od wielu lat służę Panu naszemu Najwyższemu, jednak boję się, że nie mam na tyle mocy, aby oprzeć się ich mocy, gdy tylko znajdę się między nimi. Pamiętaj, że to nie są zwykli grzesznicy. Wampirem zostaje ten, kto albo za życia dopuścił się ciężkich grzechów i klątwa jego ofiar go dosięgła, bądź śmiertelnik ugryziony przez innego wampira przez co dusza jego nie może zaznać zbawienia.
            - Mamy broń ojcze. Nasza wiara jest silna!
            - Kilofy, siekiery, łopaty… one nie są w stanie nawet zranić wampira, nie mówiąc już o zabiciu go.
            - Jakże więc łowcy wampirów są w stanie pokonać te przeklęte istoty.
            - Wampiry to stworzenia, które lawirują między życiem i śmiercią. Są niczym dusze, które nie mogą wydostać się z grzesznego ciała. Tylko człowiek silny, o niezmąconej wierze, potrafi zabić wampira, ale nie w otwartej walce. Demona tego można zabić, tylko wtedy, gdy jest najbardziej bezbronny, podczas snu. Wtedy to można zbliżyć się na tyle blisko do niego, by móc przebić jego serce osinowym kołkiem, a to nie daje gwarancji powodzenia. Nawet jeśli już jesteś gotowy, by zadać cios, bestia może się obudzić i uśmiercić cię w mgnieniu oka. Są silniejsze od ludzi, potrafią wpływać na ich wolę, a do tego są przebiegłe. Potrafią zmieniać kształty.
            Stefano nic nie odparł, tylko stał w milczeniu, wpatrując się w ciemne czeluści groty. Mój wzrok także powędrował w tamto miejsce. Czy to omam wywołany strachem, czy też nie, zdawało mi się, że w tej czarnej otchłani mignęło mi sylwetka jakiejś postaci. W jednej chwili poczułem, jak zasycha mi w gardle. Odwróciłem się do naszych towarzyszy, którzy wkopali już jeden krzyż, teraz stali i także wpatrywali się w grotę. Odnieść można było wrażenia, że ich spojrzenia są jakby nieobecne. Oczy tępo wpatrzone przed siebie, ciała ich znieruchomiały. Panie miłosierny!
            Czym prędzej chwyciłem naczynie ze święconą wodą i szybkim krokiem podszedłem do wejścia jaskini. Drżącą ręką zamoczyłem kropidło w wodzie i znów pobłogosławiłem kopalnie. Wrzask jaki się dobył z wnętrza góry sprawił, że odskoczyłem. Odwróciłem się w kierunku moich towarzyszy i odetchnąłem z ulgą. Ich spojrzenia znów były normalne, a sami zachowywali się jakby ich ktoś obudził ze snu.
            - Nie traćmy czasu kochani! – Stefano wydał polecenie. Chyba, podobnie jak i ja, wiedział co właśnie zaszło i chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Tak, tego dnia cudem uszliśmy z życiem. Pomyśleć, że jeszcze chwila i nasi towarzysze byliby pod całkowitą kontrolą tych demonów, a wtedy nic nie uratowałoby Lecco.

* * *

            Przez większość czasu podczas drogi powrotnej, żadne z nas nie odezwało się ani słowem. Tarcza słońca znikała za horyzontem, rzucając ostatnie promienie na nasze zlane potem twarze. Wszyscy, którzy znaleźli się po chwilowym działaniem wampirów, powoli rozumieli co się stało. Strach, który odczuwali, zachwiał ich wiarą. Wiedziałem, że te bestie wykorzystają każdy moment, a my byliśmy wystarczająco blisko. Jak dobrze, że nie posłuchałem Stefano i wyruszyłem z nimi.
            Gdy siedziałem tak w zamyśleniu, spoglądając na słup dymu, który dobywał się z rozpalonego przez nas ognia, rozświetlającego wejście do kopalni i na które trzy potężne krzyże rzucają swoje cienie, usłyszałem głos jednego z moich towarzyszy, który siedział.
            - Ojcze Agostino – był to młody chłopak, pracownik miejscowej kuźni. Długie, czarne włosy, spięte w z tyłu w kitę, opadały na jego plecy. Jego biała koszula, była mokra od potu.
            - Słucham synu.
            - Wtedy… wtedy przy kopalni – chłopak schował twarz w dłoniach i zaczął płakać – Boże, zwątpiłem, wybacz mi ojcze!
            Reszta na wozie przyglądała się nam w milczeniu. W normalnych okolicznościach nie obyło by się bez docinek i drwin. Kto to bowiem widział, żeby dorosły mężczyzna płakał. W tej chwili jednak, każdy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nawet więcej, każdy – poza mną i Stefano - wiedział, co ten chłopak teraz czuje.
            - Nie musisz się tym zamartwiać – położyłem mu rękę na ramieniu, chcąc dodać otuchy – każdy może przeżyć kryzys wiary, nawet ja. Najważniejsze, to w decydującym momencie, nie zejść ze ścieżki dobra i nie wyrzucać Boga z serca.
            - Ale ojcze! – chłopak podniósł głowę. Jego oczy były czerwone od łez – zawiodłem. Moja wiara… zwątpiłem. Gdybym tego nie zrobił, one… te bestie, nie zyskałyby nade mną władzy.
            - Gdybyś zwątpił… gdybyście wszyscy zwątpili, wówczas nie byłbym w stanie wam pomóc. Wasze dusze w tej chwili należałyby do nich, a wraz z tym całe Lecco byłoby zgubione. Wykazaliście się wielką odwagą, zostając na miejscu i wypełniając powierzone wam zadanie do końca.
            Przez długi czas panowała cisza. Moi towarzysze nie odzywali się. Nawet Stefano, który powoził wóz. Jednak w ich oczach, jeszcze parę minut temu zrezygnowanych spojrzeniach, znów tlił się płomień nadziej. Dzięki ci Pani, za twą pomoc.

* * *

            Nim dojechaliśmy do miasta, zapadł zmrok. Mimo to, wiele osób wyczekiwało nas na drodze z kopalni. Przekazałem im wieści, pomijając moment, w którym wampiry owładnęły na krótką chwilę umysły moich towarzyszy. Jeszcze w drodze uczuliłem ich na to, aby nikomu w mieście o tym nie wspominali, a sami przyszli do mnie na plebanie następnego dnia, bym udzielił im błogosławieństwa.
            Następnie kazałem wszystkim zebranym zamknąć się na noc w domach, wymalować znak krzyża na drzwiach i oknach oraz uczuliłem, żeby pod żadnym pozorem, jeśli wampiry jakimś cudem wydostałyby się z kopalni, nie wpuszczały ich do siebie. Gdy dom zamieszkały jest przez osoby wierzące, jego cztery ściany przesiąknięte są Bożą miłością i żaden wampir nie przekroczy jego progu samodzielnie. Wtedy posuwa się do podstępu. Wpływa na jednego umysł jego mieszkańców, tak jak to miało miejsce u wejścia do kopalni i nakłania do „zaproszenia” go do domu. Gdy ofiara podda się tej sugestii i wpuści bestie, wówczas dusza jego będzie stracona.
            - Dlatego powiadam! Strzeżcie się, niech wasze domostwa napełnia miłość do Pana naszego, a teraz idźcie, idźcie i nim wrócicie do waszych domów, przekażcie wieści waszym sąsiadom. Przekażcie dokładnie słowo w słowo to, co wam powiedziałem.

* * *

            Pierwsza noc w nowej rzeczywistości, mimo napięcia, przebiegła spokojnie. Choć sam nie mogłem zasnąć, wyglądając przez okna swojej plebani, widziałem, jak pobliskie domostwa, pogrążone są we śnie. Moje myśli zwróciły się do Luigiego. Czy mu się udało? Cała nadzieja teraz w jego rękach.
            Następnego dnia zebraliśmy się ponownie w domu burmistrza. Wyznaczyliśmy dyżury, podczas których wyznaczona danego dnia grupa osób będzie jechała do kopalni w celu rozpalenia ognia oraz doglądania krzyży. Była to bowiem jedyna bariera, która osłaniała nas przed niebezpieczeństwem. Na grupę tą zawsze składały się trzy osoby z miasteczka plus ja i doktor Stefano.
            Każdego wieczoru jechaliśmy do kopalni, aby na nowo wzniecić płomień. Każdego dnia też wypatrywałem Luigiego, czy chociażby wieści od niego, niestety nadaremnie. Przez cały ten czas kopalnia była nieużywana. Rezerwy pieniędzy powoli się wyczerpują i w pewnej chwili zdani będziemy tylko na siebie. Ci którzy do tej pory pracowali w górach, teraz zmuszeni byli trudnić się rolą, która była jedynym źródłem żywności dla naszego miasta. Na domiar złego kolejna wielka wojna, która od dłuższego czasu przetaczała się przez Europę, zawitała także do Włoch. Przez to też zrezygnowałem w wysłania kolejnej osoby z wiadomością do Mediolanu. Po pierwsze, jeszcze niedawny nadmiar rąk, w wyniku wojny, przerodził się w ich niedobór. Druga rzecz, to że w pogrążonej wojną Europie, potrzebni są ludzie, którzy szerzyć będą Słowo Boże. Wstyd mi się do tego przyznać, ale także ja, powoli zacząłem tracić wiarę.

            Tak oto minęły trzy tygodnie. Tutaj kończę póki co swoje zapiski. Przed chwilą wstąpił do mnie doktor Stefano, który wyglądał na niezwykle podekscytowanego, choć ostatnie dni i na nim odcisnęły swoje piętno. A i mnie udzielił się jego nastrój, gdy tylko obwieścił mi, co się stało. Ktoś podąża łodzią przez jezioro Garlate, które znajduje się na południu miasta. Tędy przybywają zazwyczaj ludzie z takich miast jak Olginate, Airuno, Merate, a dalej na południe droga wiedzie prosto do Mediolanu. Czyżby to Luigi wracał z wyprawy?

wtorek, 6 października 2015

PROLOG

Powieść dedykowana mojemu Dziadkowi Witoldowi, który był i dla mnie zawsze będzie wspaniałym człowiekiem.


************************************************************************************************************

Rumuńskie miasteczko Tulcea, położone nad rzeką Siret, sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Morza Czarnego znane było ze swoich żyznych ziem, które przyciągały kolejnych osadników, chętnych do jej uprawiania. W niedługim czasie wskaźnik ludności w owej miejscowości wynosił ponad 4 tysiące mieszkańców, co powodowało iż była jedną z większych w kraju. Dodatkowym czynnikiem sprzyjającym rozwojowi miasta, było ukształtowanie terenu. W górzystej Rumunii, kraina Dobrudża, gdzie znajdowała się Tulcea, była tą częścią, gdzie nizinny krajobraz rozpościerał się na wielu dziesiątkach kilometrach kwadratowych.
Miastem od paru wieków rządził znamienity kiedyś ród Serban, którego rodzinny pałac położony był na wzgórzu, dwa kilometry na północ od miasta, oddzielony od niego pasem lasu, w których co jakiś czas organizowane były zawody łowieckie.
Kolejne pokolenia przejmowały panowanie nad tymi rejonami Dobrudża. Mimo iż głową państwa był Król, faktyczną władzę na tych ziemiach sprawowała rodzina Serban, która to decydowała o wszelkich aspektach prawnych. Ona to skupiała w sobie władzę ustawodawczą i wykonawczą. Jej członkowie wchodzili także w skład najwyższej Rady Sądowniczej, której podlegały pomniejsze sądy rejonowe.
Roku pańskiego 1801, jako że głowa rodu Constantin nie dochował się męskiego potomka, władzę nad ziemiami odziedziczyła jego córka Florica. Zanim jednak to nastąpiło, cofnijmy się o kilkanaście lat wstecz, gdy oto narodziła się przyszła dziedziczka.
W księgach kronikarzy liczne można znaleźć opisy dnia narodzin córki Constantina. Przedstawiciele znamienitych rodów rumuńskich, mające w swoich krainach moc władczą równą tej, która rodzina Serban posiada w Dobrudża, zjeżdżały się do Telcei, aby – jak to było wówczas w zwyczaju – móc osobiście złożyć gratulacje rodzinie. Drogie podarunki, które zwozili, wypełniły jedną z większych komnat w pałacu, którą Constantin przeznaczył właśnie na ten cel.
Bogate opisy hucznych przyjęć, przyozdabiały kolejne stronice rodowych kronik. Giętkie i ostre pióra opisywały prawie wszystko, poza jedną rzeczą, która w owych czasach, dla wielu ludzi mogła stanowić przestrogę.
Oto bowiem, gdy pierwszy płacz nowonarodzonej Florici rozszedł się po pałacu, ciemne chmury, które od samego rana zbierały się nad miasteczkiem, teraz rzuciły nań obfite strugi deszczu, a gromy tańczyły po niebie, wyginając swoje białe, chude ciała. Podczas gdy na zamku panował iście biesiadny nastrój, wielu mieszkańców miasta, pierwszy raz widząc tak rozszalałe niebo, skrywało się w domach.
Ulice, o których bruk uderzały strugi deszczu, straszyły pustkami. Sprzedawcy, nawet ci najbardziej obrotni tudzież pazerni, pozamykali swoje interesy. Gospody, często czynne cały dzień i całą noc, również były zamknięte na trzy spusty, jak gdyby ich właściciele mieli już ich nigdy nie otworzyć.
Tak oto minął dzień narodzin Florici. Wieść ta została obwieszczona mieszkańcom Tulcei następnego dnia. Olbrzymia radość zapanowała w mieście. Na każdym większym placu porozstawiane były stoły, przy których ludzie wesoło biesiadowali, wznosząc pochwalne okrzyki na cześć rodziny Serban.
Ulicami miasta przechadzali się radośni mieszkańcy, co poniektórzy mniej lub bardziej poddani działaniom miejscowej przepalanki. Prawie każdy, do kogo dotarła owa wieść, zapomniał o minionym dniu, w którym sam diabeł postanowił wyjść na powierzchnię.
Nie trwała jednak radość zbyt długo. W kilka dni po narodzinach Florici, zmarła jej matka Racula. Żałoba spadła na dom rodu Serban, do którego schodzili się mieszkańcy miasta chcąc złożyć wyrazami współczucia. Pogrzeb odbył się zaraz następnego dnia. Ci sami, którzy jeszcze parę dni temu składali gratulacje na ręce Constantina i Raculi, teraz stali na cmentarzu rodu Serban, obserwując jak kolejne warstwy ziemi przykrywają trumnę z ciemnego drewna.
Śmierć ukochanej władczyni, tego dnia był głównym tematem rozmów wśród mieszkańców Tulcei.
„Cóż za nieszczęście!” – powiadali jedni.
„Taka tragedia! Niech miłościwy Pan, ma jej w swojej opiece i zaopiekuje się jej duszą”.
„A pamiętacie dzień, w którym się urodziła dziedziczka rodu? Gromy trzaskały z nieba niczym oszalałe, jakby niebo krzyczało. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Zły to znak. A teraz… nasza pani… ja wam mówię, sam diabeł maczał w tym palce!”
„Milcz łazęgo! Ugryź się w swój niewyparzony język! Bluźnisz i jeszcze jakieś nieszczęście na nas ześlesz!”
„A nie prawdę mówię? Sam diabeł te gromy ciskał! Co?! Może już zapomnieliście!?”
„Powiadam ci zamilcz! Jeśli nie, to przyrzekam, że jak tu stoję, sam cię pod ziemię poślę!”.


* * *

Lata mijały, a córka władcy dorastała. Constatnin już jakiś czas temu pogodził się ze śmiercią ukochanej małżonki, a także z myślą, że nie będzie miał męskiego potomka. Namawiany przez swoich doradców na ponowne zaślubiny, on konsekwentnie odmawiał. Miast tego postanowił przygotować córkę do objęcia w przyszłości roli władczyni Dobrudża. Obok nauk z zakresu geografii, polityki, handlu czy sądownictwa Florica uczyła się także jeździectwa oraz sztuki władania szpadą. Nie było to wydarzenie nietypowe w owych czasach. Po latach wojen z Tatarami, które przetoczyły się przez całą Europę, zwłaszcza Polskę, Rosję, Rumunię i nowopowstałe niepodległe Księstwo Mołdawskie, te jak i wiele innych zajęć charakterystycznych do tej pory dla mężczyzn, którzy wykrwawiali się na polach bitew, stawały się także powoli domeną kobiet. Nauka, praca w warsztatach, szkołach, czy nawet w żandarmerii, nie były już granicą podziału płci. Toteż niczym niezwykłym było, że dziedziczka rodu Serban przyjmuje nauki, której właścicielami jeszcze sto lat temu byli tylko męscy członkowie rodziny.
Prócz umysłu Florici, jej charakter także nabierał ostrości. Wychowana przez ojca twardą ręką, do absolutnego minimum sprowadził takie cechy jak wrażliwość, co jak się potem okaże, przyniesie zgubę jej duszy, a na ziemie Dobrudży sprowadzi nieszczęście.

* * *

Gdy Florica wstąpiła w dwudziesty piąty rok życia, mało kto, nawet znający ją od maleńkości, potrafił ją teraz poznać. Roześmiana dziewczynka, biegająca radośnie po korytarzach pałacu, wyrosła na piękną kobietę, która niejednemu mężczyźnie potrafiła zawrócić w głowie. Długie, ciemne włosy opadały na jej jasne ramiona. Krok Florici nabrał wdzięku i gracji. Ciemne oczy, kiedyś napełniające serce ciepłem, teraz budziły szacunek, a niekiedy i przyprawiały o ciarki. Jednak nie fizyczna zmiana, a osobowość sprawiała, że ludzie będący blisko rodziny Serban, przestali poznawać niegdyś swoją ulubienicę. Chłodny, często nawet wręcz oschły ton jakim zwracała się do innych, całkowicie przekreślał ciepłe wspomnienie o niej, jako o małej dziewczynce. Surowość, jaka ją cechowała podczas wydawania wyroków, stawała się powoli znana w całym kraju. Wśród mieszkańców Tulcei otrzymała przydomek pod znanym swego czasu, rosyjskim Carze Iwanie „Groźnym”. Budziła respekt, ale także i niechęć swoich podwładnych. Często była obiektem żartów, które były opowiadane w zaciszu domowym.
Constantin, któremu wiek powoli dawał się we znaki, coraz bardziej usuwał się w cień, robiąc miejsce dla swojej córki, która korzystała z pełni władzy. Zapatrzony w nią, w końcu tylko ona pozostała mu po jego ukochanej Raculi, nie przyjmował do wiadomości negatywnych głosów jego przyjaciół z dworu ani okolicznych mieszkańców, skarżących się na zbytnią surowość jego córki. Na każde słowo kwestionujące jej sprawiedliwość, wybuchał niepohamowanym gniewem.
W błędzie był jednak Constantin, nie słuchając swoich poddanych, a ślepo wierząc w swoją latorośl. O ile z początku ludzie z entuzjazmem przyjęli zaostrzenie kodeksu karnego obowiązującego na ziemiach Dobrudży, o tyle szybko się przekonali, że bardzo szybko z błahego nawet powodu mogą stać się jego ofiarą.
Niech za przykład surowości nowego prawa, posłuży chociażby przypadek drobnego złodzieja, którego imienia nie zapisano w żadnej kronice. Złodziej ów miał pecha będąc przyłapanym na podbieraniu sakiewki jednego z bogatszych kupców, będąc pojmanym przez żandarmów i zaprowadzony przed sąd.
Do tej pory tego typu przewinieniami zajmował się sędzia rejonowy, bo po cóż zajmować władcę takimi błahostkami. Florica jednak, w miarę możliwości, starała się być na każdej tego typu rozprawie i to do niej należał decydujący głos w kwestii wyroku.
Jeszcze kilka lat temu złodziej taki trafiłby na miesiąc do miejscowego aresztu. Pierw jednak zostałby zaciągnięty, na jeden z głównych placów i publicznie wychłostany. Specjalnie oddelegowany do tego kat, odziany w czerwono-czarny strój, z maską na twarzy o tych samych kolorach, zdzierał z pleców skazanego ubranie wierzchnie i cienkim batem z kilkoma rzemieniami, zakończone na końcu metalowymi kulkami, wymierzał sprawiedliwość.
Złodzieja, który jednak dziś miał nieszczęście być złapany, czekał o wiele gorszy los. Sędzia na sali rozpraw, pełnił właściwie rolę figuranta. Faktycznie został zastąpiony przez Floricę, która już wydawało się rozkoszuje się samym strachem skazanego, wydawała wyrok.
Kat pozostał, jednak bat zastąpiony został siekierą. Ogromny drewniany pałąk, zakończony ciężkim ostrzem, który zdobiły zaschnięte plamy krwi, stanowił teraz narzędzie sprawiedliwości.
Złodziej posadzony zostały na środku głównego placu. Tłum gapiów już dawno stał w oczekiwaniu na wykonanie wyroku, których częstotliwość w ostatnim czasie wzrosła. Mężczyzna normalnej budowy o ciemnych włosach, prowadzony był przez dwóch potężnie zbudowanych żandarmów i posadzony na krześle, które stało na środku placu. Przed nim znajdował się ogromy pień, tak wielki, że do jego przyniesienia używano koni, a trzech ludzi potrzeba było do zdjęcia go z wozu. Do samego pnia przytwierdzono kajdany, których zadaniem było utrzymanie rąk skazanego nieruchomo, tak aby nawet podczas próby szamotania się, kat mógł w spokoju wykonywać swój obowiązek. Krzesło, na którym sadzano skazanego, także posiadało specjalne mocowania, które owijały się wokół kostek niczym stalowe węże, zabierając wszelką nadzieję.
Jeden z żandarmów przypiął właśnie skazanego do krzesła. Zimna stal przylgnęła do skóry na kostkach, aż złodziejowi przeszły dreszcze po plecach. Silna ręka chwyciła go za kark i niemal przycisnęła do pnia. W tym czasie drugi ze stróżów prawa, przykuł skazanego za ręce, po czym obaj się oddalili. Złodziej szarpnął dwa razy, jednak potężny drewniany walec ani drgnął. Poczuł jak serce zaczyna mu bić coraz szybciej. Wzrok jego powędrował w dół i w jednej chwili pobladł na twarzy. W miejscu gdzie spoczywały jego ręce, przebiegały prostopadle do jego przedramion,  głębokie bruzdy wyrżnięte w pniu. W tym miejscu drewno było mocno pociemniałe, jakby ktoś rozlał czerwone wino, które wsiąkło głęboko w struktury pnia.
Głośne westchnienie rozeszło się wśród tłumu. Skazany podniósł głowę i z przerażeniem ujrzał, jak w jego stronę podąża muskularna postać kara. W silnych rękach dzierżył on topór. Złodziej właściwie nie wiedział nic innego prócz ostrza, które powoli zbliżało się do niego, zupełnie jakby nie istniał człowiek, który je niósł. Serce podeszło skazańcowi do gardła, tłum tak licznie zabrany na placu, jak jeden mąż cofnął się o krok, w obawie przed tym, aby kat kogoś przypadkiem nie ugodził tym ostrym kawałkiem żelaza.
Mężczyzna zatrzymał się przed osadzonym i omiótł spojrzeniem przykutego przed sobą nieszczęśnika. Gdyby ktoś chciał odczytać, co się kryje w jego oczach, nie zgadłby za nic na świecie.
- Czy chcesz coś powiedzieć, nim wykonam wyrok? – gruby głos dobył się spod maski. Na placu zapanowała cisza. Wszyscy teraz spojrzeli na skazanego.
Mężczyzna przykuty do pnia, poczuł nagle jak cały strach w jednej chwili z niego uszedł. Chłód metalu nie powodował drżenia jego ciała, serce nie łopotało już w piersi jak oszalałe. Podniósł wzrok na swojego oprawcę, a usta otworzyły się z zastygłym słowem na nich.
- Chcesz coś powiedzieć? – spytał kat bez jakiegokolwiek tonu zniecierpliwienia.
- Tak… - odparł po dłuższej chwili skazany – do diabła z Floricą!
Ciężkie ostrze opadło w tym momencie z całą siłą na pień. W jednej chwili złodziej odskoczył od kata i z hukiem upadł wraz z krzesłem na bruk. Krzyk wydobywający się z jego gardła i fontanna krwi tryskająca z miejsc, gdzie jeszcze niedawno były dłonie, sprawiły że niejeden z gapiów odwrócił się zakrywając rękoma uszy, nie chcąc by dotarły do niego wrzaski bólu.
Długi jeszcze czas złodziej miotał się na ziemi, przykuty do krzesła. Przekleństwa miotane w kierunku rodziny Serban rozchodziły się dookoła. Kat w pierwszej chwili stracił rezon, jednak szybko doszedł do siebie. Rzucił topór na ziemię i podszedł do skazanego, którego krew malowała kamienny bruk dookoła. Ukląkł w kałuży krwi i chwyciwszy złodzieja za gardło, tak że temu zabrakło tchu, dobył zza pazuchy nóż.
- Twój język już nazbyt wiele powiedział – rzekł kat, gdy wrzaski złodzieja ucichły.
Skazany próbował odruchowo chwycić kata, jednak umysł jeszcze nie przystosował się do sytuacji, że zamiast dwóch zręcznych dłoni, miał teraz dwa nieporęczne kikuty.
Ostrze błysnęło w powietrzu i nóż wbił się w podbródek skazanego. Kat wykonał niewielkie cięcie i po chwili złodziej poczuł jak krztusi się swoją własną krwią. Oprawca odstąpił od skazanego, który przewrócił się na bok i kaszląc krwią, wypluł swój język, który potoczył się parę stóp dalej.
- Już więcej, żadnego bluźnierstwa nie wypowiesz – odparł kat wycierając nóż w kapotę i chowając go za pas – opatrzyć i wyrzucić to ścierwo z miasta – zwrócił się do żandarmów, którzy bez słowa podeszli do skazanego i odbieli kajdany krępujące jego nogi.
Oprawca podniósł z ulicy swój topór i powoli zaczął się oddalać od miejsca wykonania kary. W tym czasie żandarmi wlekli na wpółprzytomnego skazanego do pobliskiego lekarza. Po opatrzeniu zostanie on wygnany poza miasto, a dalej niech sobie radzi.
Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Wiele egzekucji widziały już ich oczy, jednak za każdym razem budziły przerażenie i strach. Tego dnia do wszystkich dotarło, że karta ich praw została uszczuplona o wolność słowa. Zrozumieli, że żarty oraz wszelka krytyka władzy, o ile kiedyś przymykano na to oko, teraz była karana z równą surowością jak poważne przestępstwa.


* * *

Razu pewnego, gdy nowe prawo już na dobre zakorzeniło się na ziemiach Dobrudży, a stary władca odszedł z tego świata, niemal w całkowitym zapomnieniu, Florica siedziała właśnie w pałacowej bibliotece, zatopiona w lekturze znamienitego XVI-wiecznego pisarza angielskiego pisarza Shakespeare’a. Nagle otworzyły się drzwi przez które wszedł jeden z kamerdynerów, którymi Florica lubiła się otaczać. Starszy mężczyzna, na którym siwizna nie pozostawiła żadnego śladu z ciemnej i bujnej niegdyś czupryny, stał lekko zgarbiony przed kobietą, która lekko podniosła wzrok znad książki.
- Miła pani, przepraszam najmocniej, że przeszkadzam, ale… - mężczyzna starał się złapać oddech. Widać była, że pędził tutaj najszybciej jak potrafił, aby przekazać nowinę – złapaliśmy mężczyznę, który polował w lasach należących do waszmości.
Kobieta dopiero teraz podniosła wzrok, w którym można było dostrzec wyraźne zainteresowanie.
- Kłusownik?
- Nie wydaje mi się łaskawa pani, choć przyłapano go na polowaniu.
- A więc kłusownik – kobieta wstała – gdzie on jest?
- Strażnicy przywlekli go do głównej sali.
- Prowadź zatem.
Kamerdyner ukłonił się i powolnym krokiem opuścił bibliotekę. Idąc przez pałacowe hole, czuł na swoich plecach oddech Florici. Ciarki przechodziły po plecach, każdemu, kto był z nią sam na sam. Od zawsze była okrutna, ale wraz z odejściem Constantina, można było odnieść wrażanie, że mrok spowił ziemie Dobrudży. Nawet wśród najbliższych dziedziczki rodu Serban krążyła opinia, jakoby Florica czerpała przyjemność ze swojej okrutności.
Drzwi do główne sali otwarły się i oczom Florici ukazał się starszy mężczyzną stojący pośrodku oraz dwóch żandarmów, którzy pilnowali pojmanego. Kobieta  wyminęła kamerdynera, zbliżyła się do mężczyzny i uważnie mu się przyjrzała. Miał około 60-ciu lat, jednak swoją postawą sprawiała wrażenie o dziesięć lat młodszego. Stał wyprostowany i patrzył przed siebie. Siwizna powoli przyprószała jego ciemno-kasztanową czuprynę, która dodatkowo znajdowała się w lekkim nieładzie. Bystre, niebieskie oczy spoglądały przed siebie. Ubrany był dość schludnie, spodnie uszyte z ciemnego materiału, czarne skórzane buty, do tego biała koszula, na którą narzucona była marynarka z tego samego materiału co spodnie.
- Nie jesteście stąd, prawda? – spytała władczym tonem Florica.
- Nie miłościwa pani – odparł spokojnie mężczyzna. Jakby nie docierało jeszcze do niego, to w jak poważnej sytuacji się znalazł.
- Jak się nazywacie?
- Ludwig Feuerbach miłościwa pani.
Florica pierwszy raz w swoim życiu zdawała się być zbita z tropu. Nawykła do tego, że każdy kto przed nią stał, dosłownie trząsł się ze strachu, czuła pewien dyskomfort, widząc jak mężczyzna stojący przed nią, zachowuje się tak swobodnie.
- Feuerbach… - odparła kobieta, starając się ukryć swoje zakłopotanie – wasze nazwisko jest typowo niemieckie.
- Stamtąd też pochodzę miłościwa pani, a dokładnie z Bawarii. Urodziłem się w mieście Landshut.
- Cóż zatem robicie tak daleko od waszego kraju?
- Podróżuję miłościwa pani. Jestem badaczem i doktorem nauk filozoficznych. Interesuję się wierzeniami i religiami, które obowiązują w różnych krajach.
- Zatem chcecie powiedzieć, że i obiektem waszych badań są rumuńskie ziemie?
- Nie inaczej miłościwa pani.
Spokój jaki emanował z tego człowieka, sprawiał że Florica czuła się coraz mniej pewnie. Każdy kto znajdował się teraz w salonie, czyli dwaj żandarmi oraz kamerdyner, również odnieśli takie wrażenie i poczuli lekką sympatię do tego człowieka. Sympatię, ale także i żal, gdyż każdy z nich znał już los tego, który zwał się Feuerbachem.
- Teraz sobie przypominam. Twierdzicie, że jesteście filozofem, ja z kolei wiem, że widziałam wasze nazwisko w jednej z książek matematycznych.
- Och! – Ludwig zaśmiał się serdecznie – proszę o wybaczenie. Zapewne pojawiło się przy twierdzenie o „okręgu dziewięciu punktów”. Faktycznie to nazwisko mojego rodu, lecz samo twierdzenie już nie moje, a mojego brata Karla Wilhelma Feuerbacha. Jest on tym z rodziny, który wiedzie prym w naukach ścisłych, ja zaś miła pani…
- Dość! – Florica podniosła rękę do góry, na znak aby mężczyzna zamilkł. O dziwo Feuerbach wcale nie wydawał się przestraszony, czy nawet zdziwiony jej zachowaniem.
Mężczyzna stał wyprostowany, twarz jego nie wyrażała żadnych emocji. Florica czuła coraz większe wzburzenie, jednak zdołała pohamować swój gniew.
- Co robiłeś w moich lasach?
- Spacerowałem.
- Kłamiesz! Przyłapano cię na kłusownictwie!
- Mnie? – Mężczyzna zrobił wyraźnie zdziwioną minę.
- Moi żandarmi przyłapali cię podobno, jak zabijałeś zwierzę, które mieszkało w moich lasach.
Mówiąc to kobieta zwróciła się ku dwóm mężczyznom, którzy stali po obu stronach Ludwiga. Ci w jednej chwili poczuli jak nogi uginają się pod nimi. Popatrzyli na siebie, po czym jeden z nich, ten wyższy pokiwał twierdząco głową.
- Wi… widzieliśmy, jak ten człowiek – tutaj wskazał na Feuerbacha – wyciąga strzałę z martwego jelenia nieopodal pałacu.
Kobieta spojrzała na pojmanego, a w jej oczach zapłonął ogień.
- Więc? Jak zamierzacie to wytłumaczyć miłościwy panie?
- Łaskawa pani, zaszło ogromne nieporozumienie – odparł spokojnie Ludwig – to zwierze, o którym mowa, było już martwe gdy je znalazłem. Podczas mojej przechadzki po lesie ujrzałem dziwny kształt leżący na ziemi, który przykuł moją uwagę. Zaciekawiony co to takiego, podszedłem bliżej. Jako, że zwierz po części był skryty w krzakach, toteż nie od razu odgadłem co to takiego. Gdy odgarniałem listowie natknąłem się na strzałę. W tym momencie ci dwaj panowie, wyrośli niczym spod ziemi, pochwycili mnie i przyprowadzili tutaj.
- Łżesz! – Florica krzyknęła tak głośno, że zebrani mieli wrażenie, iż mury pałacu się zatrzęsły.
- Ręczę honorem, że nie miłościwa pani. Proszę powiedzieć, jak mógłbym zabić to biedne zwierzę, skoro nie mam przy sobie łuku ani kuszy, a strzała tkwi głęboko w ciele zwierza, co świadczy o dużej sile z jaką musiała być wbita…
- Zdążyłeś ukryć broń! – kobieta powoli traciła panowanie nad sobą. W żaden sposób nie potrafiła opisać uczucia, które nią owładnęło. Nie była to w żadnym wypadku zwykła złość. Mężczyzna, który stał przed nią, swoim zachowanie budził w niej coraz większy niepokój.
- Zapewniam miłościwa pani, że jest pani w błędzie.
- Milcz! Straż! Wyprowadzić go! – Florica wrzasnęła z taką siłą, że wszyscy obecni w pokoju poza Ludwigiem poczuli, jakby sam diabeł krzyczał – na co czekacie?! Na szafot z nim!
Dwóch żandarmów w jednej chwili pochwyciło mężczyznę i mieli już odprowadzać do wyjścia, gdy ten nagle spytał poważnym tonem.
- Za co mianowicie jestem skazany? – głos jego nie drżał. Był opanowany i spokojny, jednak powaga i zdecydowanie z jaką wypowiedział te słowa, sprawiły, że kobieta przez chwilę się zawahała. Nie takiej reakcji oczekiwała.
- Skazuję cię za kłusownictwo w moich lasach oraz za obrazę rodu Serban w ich posiadłości! – wykrzyczała.
Mężczyzna westchnął cicho i pokręcił zrezygnowany głową. Nagle podniósł wzrok ku górze. Jego niebieskie oczy wpatrzone były przed siebie, były jakby nieobecne o słowa same wychodziły z jego ust.
- Poważny błąd popełniasz. Grzech przeciwko drugiemu człowiekowi i wiedz, że uczynek twój nie zostanie bez odpowiedzi. Straszliwa kara niedługo spadnie na ten dom i mrok spowije te ziemie. Jeśli nie pohamujesz rządzy krwi, przeklęta niech będzie twoja dusza, która spoczynku nie zazna po śmierci.
- Precz! Zabierzcie go i jeszcze dziś wykonajcie wyrok, bo inaczej samo zaraz podzielicie los tego głupca!
Feuerbach nic więcej nie odparł. Strażnicy wyprowadzili go z sali. Kamerdyner również opuścił pomieszczenie z największą dyskrecją, lecz nawet gdy był już u siebie w pokoju, nie potrafił pohamować drżenia, które wywołało zdarzenie ostatniej godziny. Pierwszy raz widział dziedziczkę rodu Serban w takim stanie i wiedział, że nie chciałbym znów tego przeżywać.
Florica stała pośrodku dużego pomieszczenia i czuła jak furia powoli ją ogarnia. Chmury za oknem jakby stanowiły idealne odzwierciedlenie jej stanu. W jednej chwili zapadł mrok, ten sam, który spowił ten ziemie podczas jej narodzin. Znienacka piorun uderzył nieopodal wzniecając biały snop iskier. Kobieta czuła jak serce wali w jej piersi niczym młot, a z każdym takim uderzeniem uderza kolejna błyskawica.
Ludzie w pałacu jak i mieście w jednej chwili przypomnieli sobie dzień, kiedy na świat przyszła ich władczyni i tak jak wtedy przeczuwali, że ogromne nieszczęście spadnie na ich ziemie.
Florica stałaby jeszcze długo pośrodku sali głównej swojego pałacu, gdyby nie strażnik, który wszedł właśnie i nie obwieścił drżącym głosem, że wyrok wykonano. Kobieta spojrzała w kierunku żandarma, który w jednej chwili pobladł. Jej ciemne oczy przypominały na bladej twarzy, dwie czarne kropki na białym płótnie. W świetle błyskawic, które co chwila rozświetlały panującą ciemność, dostrzec można było każdą żyłę skrytą pod jej delikatną skórą.
- Zaprowadź mnie, chcę zobaczyć jego ciało – odparła zimnym, wręcz lodowatym tonem.
- Ale miłościwa pani, jego ciało leży teraz na dworze za pałacem, a potężna ulewa się zebrała, może…
- Zrób co ci kazałam!
- Tak jest.
Flocrica podążyła za strażnikiem do wyjścia, które gdy otworzyła, potężny podmuch wiatru uderzył oboje w twarz. Ściana deszczu, która lunęła z nieba, sprawiała, że prawie nic nie było widać. Strażnik dał niepewnie krok naprzód. Kobieta podążyła za nim. Ciężkie krople wody opadały na nich. Jej delikatna stopa zstąpiła z kamiennej posadzki, na mokre błoto, jednak ona nie zwracała na to uwagi.
Szli powolnym krokiem do miejsca stracenia, a pioruny uderzały z każdą chwilą coraz bliżej pałacu. Jeszcze tylko kilka kroków dzieliło ich od ciała, przy którym stał jeden wartownik. Florica widziała czarną niewyraźną plamę na ziemi, jednak czuła, że musi się upewnić iż ten mężczyzna na pewno nie postawi już stopy wśród żywych. Kolejny krok i piorun uderzył w pobliskie drzewo. Potężny błysk oślepił każdego, kto był teraz w pobliży. Drzewo na moment zajęło się lekkim płomieniem, który szybko zgasł. Kobieta podeszła bliżej. Ciało mężczyzny leżało tuż u jej stóp.
- Miłościwa pani… - odparł niepewnie strażnik.
- Zamilcz!
Kobieta przykucnęła przy ciele. Kolejna błyskawica rozświetliła okolicę, na krótki moment. Wystarczyło jednak, aby Florica mogła się przyjrzeć, temu który przed chwilą stał przed nią dumny i budził w niej taki niepokój. O dziwo nawet teraz, jego twarz była spokojna. Oczy zamknięte, zupełnie jakby spał. Znów przeszły ją nieprzyjemne dreszcze. Kolejny rozbłysk i potem zapanowała ciemność.

* * *

Wysoko, na porośniętym trawą wierzchołku wzgórza, którego zbocza i podstawę stanowią leśne ostępy z pokrzywionymi, posępnymi drzewami, pałac. Wspaniała niegdyś budowla, budząca podziw i szacunek wśród ludzi zamieszkujących te tereny, dziś – kiedy lata chwały minęły bezpowrotnie - straszy swoją pustką.
Od ponad kilku lat jego mury i krenelaże spoglądają ponuro na otaczające je okolice, zupełnie  jakby  całun  nocy  zaczepił  swoje  płótno  o  jedną  ze  strzelistych  wież,  nie  mogąc  zsunąć  się całkowicie i pogrążając jego mieszkańców w wiecznym śnie. Wraz ze śmiercią jego ostatniego mieszkańca, w położonym u stóp wzgórza miasteczku ...,  zaczęły powstawać coraz to wymyślniejsze legendy na temat wygaśnięcia rodu Serban, który władał tymi ziemiami. Uśpione letargicznym snem, odziane w kolorowe szaty ludzkiej wyobraźni opowieści, niesione rękami ludzkich ust powoli wykraczały poza granice hrabstwa, docierając do najdalszych zakątków kraju.
Pozbawione sensu byłoby opisywanie każdego z tych podań, które  dalekie  były  od  uzyskania  miana  wiarygodnych. Prosty  umysł,  nie  potrafiący  poradzić  sobie  z ogromem otaczającego go świata, tworzy swoją własną rzeczywistość, w której się obraca i na swój  sposób usiłuje opisać to czego nie rozumie. 
Do dziwacznych – w prostackim mniemaniu - zjawisk nie zaliczam bynajmniej samej śmierci, która jest naturalną częścią życia, tak jak drzwi są częścią składową pokoju. Jednak gdy bezwzględny żniwiarz, jednej nocy bez powodu gasi tyle świec ludzkiego życia, których nie zdmuchnęła ani wojna, ani zaraza, przestaje to być zaliczane do zdarzeń zwyczajnych. Jeśli dodamy do tego brak choćby jednego ciała, wówczas w nasze umysły zakradają się najprzeróżniejsze myśli, które karmione naszym strachem, rosną do niebotycznych rozmiarów. Gdy z racji swojej wielkości poczują ciasnotę w takim  umyśle,  wypływają  powoli  na  język,  który  wyrzuca  je  na  światło  dzienne,  tam  gdzie  mają nieograniczoną przestrzeń rozwoju dopóty, dopóki ludzie nie przestaną ich karmić. Tętniący niegdyś życiem pałac nagle ucichł, umilkli ludzie, a wraz z nimi ich muzyka. Nawet najmniejszy blask świecy nie wydobywał się z okiennic, nawet jedna nuta nie opuściła dusznych murów pałacu. Zaniepokojeni mieszkańcy Dulcei,  kierowani  lękiem  i ciekawością postanowili wytypować ze swoich szeregów kilku śmiałków, którzy mieli udać się do pałacu, aby wyjaśnić tą tajemnicę. 
Wyruszyli z samego rana. Kierując się ścieżką, która znaczyła zielone wzgórze, niczym blizna, zbliżali się powoli do zimnych murów pałacu. Żaden z nich nie potrafił powiedzieć, w którym momencie przekroczyli tą niewidzialną granicę, za którą ludzki umysł zaczyna odczuwać niepokój związany z tym irracjonalnym pomysłem. Idąc dalej, z każdym kolejnym krokiem uczucie to pogłębiało się osiągając powoli stopień strachu. Jedyne co ich w takiej chwili trzymało na obranej ścieżce, to zwykła ciekawość. Byli  już  pod  samą  bramą,  która  otwarta,  witała  ich  swoimi  masywnymi  drewnianymi  skrzydłami. 
Śmiałkowie przez chwilę stali w milczeniu, to ostatnia szansa aby się wycofać, potem może już być za późno. Każdy z nich wiedział o tym doskonale, lecz żaden nie odważył się tego głośno powiedzieć. Zdobywając się na niesamowity wysiłek psychiczny, ruszyli dalej. Przekraczając progi pałacowych wrót, znaleźli się na dziedzińcu. Kamienna dróżka rozwidlająca się na środku placu, przecinała wspaniale urządzony ogród. Najprzeróżniejsze gatunki drzew i kwiatów, sprowadzone z różnych stron świata. Wszystkie te komponenty wspaniale współgrały ze sobą tworząc idealną całość, której natura mogła pozazdrościć uporządkowania. W takim miejscu tylko ład, z jakim to wszystko było zorganizowane, przypominał że na świecie istnieje istota zwana człowiekiem, która potrafi w taki cudowny sposób wykorzystać dar przyrody. Jednak ludzi odpowiedzialnych za to miejsce nie było. Nie było nikogo. 
Mieszkańcy  miasta  postanowili rozdzielić się na dwuosobowe grupki i przeszukiwać kolejne pomieszczenia. W przeciągu kilku godzin przetrząśnięto wszystkie komnaty, sale, kuchnie, jadalnie. Nawet pałacową kaplicę. I nic. Nie było pani tej ziemi, służby, rezydentów i nadwornych gości. Zupełnie jakby ktoś postawił ten pałac nie dla ludzi, a dla samej idei budowania. 
Kurz powoli zalegał pałacowe meble, zaś pomieszczenia świeciły pustkami. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, nabierając czerwonej barwy tak charakterystycznej dla tej pory dnia. Zrezygnowanie wdarło się w umysły ludzi, którzy powoli zbierali się na dziedzińcu. Gdy wszyscy byli już obecni, ruszyli w drogę powrotną do miasta, niosąc ze sobą okropną nowinę.  I  tak  od  ponad  kilku lat,  pałac  zimny  niczym  kamień  z  którego  została  zbudowany,  otoczony mroczną tajemnicą zniknięcia tych, którzy kiedyś panowali na jego murach, stał, pozbawiony duszy. 
Przez jakiś czas budził ludzki niepokój, jednak z biegiem czasu stopień jego nasilenia malał, a w pewnym momencie człowiek przyzwyczaił się do obecności tego widma w sąsiedztwie. Z lęku zostały tylko opowieści o historii jego mieszkańców. 
Jednak teraz, po tych kilku latach, strach przodków odżył na nowo. Zbudziło się do życia to widmo, które tyle lat trwało w uśpieniu, siejąc ziarna niepokoju, które szybko kiełkowały w sercach ludzi, powoli zakorzeniając w nich swój strach. Ziarna te zasiało pewne zdarzenie, które miało miejsce. 
Podczas jednej z wiosennych nocy, gdy słońce już dawno skryło się za horyzontem, ustępując miejsca księżycowi i gwiazdom, miasto Dulcea przeszył krzyk. Wszyscy mieszkańcy, tak jak byli odziani, wybiegli na ulice, zbudzeni głośnymi jękami. Wydawać by się mogło że hałas dochodzi ze wszystkich stron. Zaspany umysł ludzki, w chwili gdy nie potrafi ogarnąć sytuacji, uruchamia wszystkie siły organizmu, niezbędne do rozbudzenia. Wraz z przejaśnianiem się umysłu, drogi z których zdawał się dobiegać hałas skupiały się powoli w jedną, która prowadziła prosto do zamku. Gdy ludzie skierowali swoje oczy w kierunku źródła tego krzyku, zatrzymali je na właśnie na budowli. Dreszcz przeszył każdego z nich, uderzając w najczulsze nerwy powodując drżenie całego ciała. Na pałacowych murach, które od lat skąpane były w ciemnościach, tlił się biały płomień. Nie sposób było odgadnąć co było źródłem światła. Było takie nienaturalne. Żadna rzecz - prócz księżyca - znana ludziom nie potrafiła wydobyć z siebie takiego blasku. Srebrzyste światło otaczało swymi promieniami coś ciemnego. Gdy tylko ludzki wzrok przyzwyczaił się do tego widoku, dostrzegł bez trudu że była to ludzka sylwetka. W tym momencie umysł był już na tyle rozbudzony, aby dojść do racjonalnego przypuszczenia, że to krzyk tej osoby wyrwał go z sennego uśpienia. 
Najgorsze jednak stało się gdy jego bystrość osiągnęła swoje maksimum. Bezładny dotąd krzyk, który docierał do niego składał się w sensowny dźwięk, budzący grozę, wśród zebranych ludzi. W takiej chwili umysł żałował, że się w ogóle obudził  i  pozwolił  przez  to  poddawać  się  atakom  odgłosów,  które  go  dosięgały.  odgłosów,  których brzmienie przybierało powoli swoich naturalnych barw, składając się w jeden obraz piekielnego śmiechu, dobywającego się z pałacowych murów.