wtorek, 6 października 2015

PROLOG

Powieść dedykowana mojemu Dziadkowi Witoldowi, który był i dla mnie zawsze będzie wspaniałym człowiekiem.


************************************************************************************************************

Rumuńskie miasteczko Tulcea, położone nad rzeką Siret, sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Morza Czarnego znane było ze swoich żyznych ziem, które przyciągały kolejnych osadników, chętnych do jej uprawiania. W niedługim czasie wskaźnik ludności w owej miejscowości wynosił ponad 4 tysiące mieszkańców, co powodowało iż była jedną z większych w kraju. Dodatkowym czynnikiem sprzyjającym rozwojowi miasta, było ukształtowanie terenu. W górzystej Rumunii, kraina Dobrudża, gdzie znajdowała się Tulcea, była tą częścią, gdzie nizinny krajobraz rozpościerał się na wielu dziesiątkach kilometrach kwadratowych.
Miastem od paru wieków rządził znamienity kiedyś ród Serban, którego rodzinny pałac położony był na wzgórzu, dwa kilometry na północ od miasta, oddzielony od niego pasem lasu, w których co jakiś czas organizowane były zawody łowieckie.
Kolejne pokolenia przejmowały panowanie nad tymi rejonami Dobrudża. Mimo iż głową państwa był Król, faktyczną władzę na tych ziemiach sprawowała rodzina Serban, która to decydowała o wszelkich aspektach prawnych. Ona to skupiała w sobie władzę ustawodawczą i wykonawczą. Jej członkowie wchodzili także w skład najwyższej Rady Sądowniczej, której podlegały pomniejsze sądy rejonowe.
Roku pańskiego 1801, jako że głowa rodu Constantin nie dochował się męskiego potomka, władzę nad ziemiami odziedziczyła jego córka Florica. Zanim jednak to nastąpiło, cofnijmy się o kilkanaście lat wstecz, gdy oto narodziła się przyszła dziedziczka.
W księgach kronikarzy liczne można znaleźć opisy dnia narodzin córki Constantina. Przedstawiciele znamienitych rodów rumuńskich, mające w swoich krainach moc władczą równą tej, która rodzina Serban posiada w Dobrudża, zjeżdżały się do Telcei, aby – jak to było wówczas w zwyczaju – móc osobiście złożyć gratulacje rodzinie. Drogie podarunki, które zwozili, wypełniły jedną z większych komnat w pałacu, którą Constantin przeznaczył właśnie na ten cel.
Bogate opisy hucznych przyjęć, przyozdabiały kolejne stronice rodowych kronik. Giętkie i ostre pióra opisywały prawie wszystko, poza jedną rzeczą, która w owych czasach, dla wielu ludzi mogła stanowić przestrogę.
Oto bowiem, gdy pierwszy płacz nowonarodzonej Florici rozszedł się po pałacu, ciemne chmury, które od samego rana zbierały się nad miasteczkiem, teraz rzuciły nań obfite strugi deszczu, a gromy tańczyły po niebie, wyginając swoje białe, chude ciała. Podczas gdy na zamku panował iście biesiadny nastrój, wielu mieszkańców miasta, pierwszy raz widząc tak rozszalałe niebo, skrywało się w domach.
Ulice, o których bruk uderzały strugi deszczu, straszyły pustkami. Sprzedawcy, nawet ci najbardziej obrotni tudzież pazerni, pozamykali swoje interesy. Gospody, często czynne cały dzień i całą noc, również były zamknięte na trzy spusty, jak gdyby ich właściciele mieli już ich nigdy nie otworzyć.
Tak oto minął dzień narodzin Florici. Wieść ta została obwieszczona mieszkańcom Tulcei następnego dnia. Olbrzymia radość zapanowała w mieście. Na każdym większym placu porozstawiane były stoły, przy których ludzie wesoło biesiadowali, wznosząc pochwalne okrzyki na cześć rodziny Serban.
Ulicami miasta przechadzali się radośni mieszkańcy, co poniektórzy mniej lub bardziej poddani działaniom miejscowej przepalanki. Prawie każdy, do kogo dotarła owa wieść, zapomniał o minionym dniu, w którym sam diabeł postanowił wyjść na powierzchnię.
Nie trwała jednak radość zbyt długo. W kilka dni po narodzinach Florici, zmarła jej matka Racula. Żałoba spadła na dom rodu Serban, do którego schodzili się mieszkańcy miasta chcąc złożyć wyrazami współczucia. Pogrzeb odbył się zaraz następnego dnia. Ci sami, którzy jeszcze parę dni temu składali gratulacje na ręce Constantina i Raculi, teraz stali na cmentarzu rodu Serban, obserwując jak kolejne warstwy ziemi przykrywają trumnę z ciemnego drewna.
Śmierć ukochanej władczyni, tego dnia był głównym tematem rozmów wśród mieszkańców Tulcei.
„Cóż za nieszczęście!” – powiadali jedni.
„Taka tragedia! Niech miłościwy Pan, ma jej w swojej opiece i zaopiekuje się jej duszą”.
„A pamiętacie dzień, w którym się urodziła dziedziczka rodu? Gromy trzaskały z nieba niczym oszalałe, jakby niebo krzyczało. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Zły to znak. A teraz… nasza pani… ja wam mówię, sam diabeł maczał w tym palce!”
„Milcz łazęgo! Ugryź się w swój niewyparzony język! Bluźnisz i jeszcze jakieś nieszczęście na nas ześlesz!”
„A nie prawdę mówię? Sam diabeł te gromy ciskał! Co?! Może już zapomnieliście!?”
„Powiadam ci zamilcz! Jeśli nie, to przyrzekam, że jak tu stoję, sam cię pod ziemię poślę!”.


* * *

Lata mijały, a córka władcy dorastała. Constatnin już jakiś czas temu pogodził się ze śmiercią ukochanej małżonki, a także z myślą, że nie będzie miał męskiego potomka. Namawiany przez swoich doradców na ponowne zaślubiny, on konsekwentnie odmawiał. Miast tego postanowił przygotować córkę do objęcia w przyszłości roli władczyni Dobrudża. Obok nauk z zakresu geografii, polityki, handlu czy sądownictwa Florica uczyła się także jeździectwa oraz sztuki władania szpadą. Nie było to wydarzenie nietypowe w owych czasach. Po latach wojen z Tatarami, które przetoczyły się przez całą Europę, zwłaszcza Polskę, Rosję, Rumunię i nowopowstałe niepodległe Księstwo Mołdawskie, te jak i wiele innych zajęć charakterystycznych do tej pory dla mężczyzn, którzy wykrwawiali się na polach bitew, stawały się także powoli domeną kobiet. Nauka, praca w warsztatach, szkołach, czy nawet w żandarmerii, nie były już granicą podziału płci. Toteż niczym niezwykłym było, że dziedziczka rodu Serban przyjmuje nauki, której właścicielami jeszcze sto lat temu byli tylko męscy członkowie rodziny.
Prócz umysłu Florici, jej charakter także nabierał ostrości. Wychowana przez ojca twardą ręką, do absolutnego minimum sprowadził takie cechy jak wrażliwość, co jak się potem okaże, przyniesie zgubę jej duszy, a na ziemie Dobrudży sprowadzi nieszczęście.

* * *

Gdy Florica wstąpiła w dwudziesty piąty rok życia, mało kto, nawet znający ją od maleńkości, potrafił ją teraz poznać. Roześmiana dziewczynka, biegająca radośnie po korytarzach pałacu, wyrosła na piękną kobietę, która niejednemu mężczyźnie potrafiła zawrócić w głowie. Długie, ciemne włosy opadały na jej jasne ramiona. Krok Florici nabrał wdzięku i gracji. Ciemne oczy, kiedyś napełniające serce ciepłem, teraz budziły szacunek, a niekiedy i przyprawiały o ciarki. Jednak nie fizyczna zmiana, a osobowość sprawiała, że ludzie będący blisko rodziny Serban, przestali poznawać niegdyś swoją ulubienicę. Chłodny, często nawet wręcz oschły ton jakim zwracała się do innych, całkowicie przekreślał ciepłe wspomnienie o niej, jako o małej dziewczynce. Surowość, jaka ją cechowała podczas wydawania wyroków, stawała się powoli znana w całym kraju. Wśród mieszkańców Tulcei otrzymała przydomek pod znanym swego czasu, rosyjskim Carze Iwanie „Groźnym”. Budziła respekt, ale także i niechęć swoich podwładnych. Często była obiektem żartów, które były opowiadane w zaciszu domowym.
Constantin, któremu wiek powoli dawał się we znaki, coraz bardziej usuwał się w cień, robiąc miejsce dla swojej córki, która korzystała z pełni władzy. Zapatrzony w nią, w końcu tylko ona pozostała mu po jego ukochanej Raculi, nie przyjmował do wiadomości negatywnych głosów jego przyjaciół z dworu ani okolicznych mieszkańców, skarżących się na zbytnią surowość jego córki. Na każde słowo kwestionujące jej sprawiedliwość, wybuchał niepohamowanym gniewem.
W błędzie był jednak Constantin, nie słuchając swoich poddanych, a ślepo wierząc w swoją latorośl. O ile z początku ludzie z entuzjazmem przyjęli zaostrzenie kodeksu karnego obowiązującego na ziemiach Dobrudży, o tyle szybko się przekonali, że bardzo szybko z błahego nawet powodu mogą stać się jego ofiarą.
Niech za przykład surowości nowego prawa, posłuży chociażby przypadek drobnego złodzieja, którego imienia nie zapisano w żadnej kronice. Złodziej ów miał pecha będąc przyłapanym na podbieraniu sakiewki jednego z bogatszych kupców, będąc pojmanym przez żandarmów i zaprowadzony przed sąd.
Do tej pory tego typu przewinieniami zajmował się sędzia rejonowy, bo po cóż zajmować władcę takimi błahostkami. Florica jednak, w miarę możliwości, starała się być na każdej tego typu rozprawie i to do niej należał decydujący głos w kwestii wyroku.
Jeszcze kilka lat temu złodziej taki trafiłby na miesiąc do miejscowego aresztu. Pierw jednak zostałby zaciągnięty, na jeden z głównych placów i publicznie wychłostany. Specjalnie oddelegowany do tego kat, odziany w czerwono-czarny strój, z maską na twarzy o tych samych kolorach, zdzierał z pleców skazanego ubranie wierzchnie i cienkim batem z kilkoma rzemieniami, zakończone na końcu metalowymi kulkami, wymierzał sprawiedliwość.
Złodzieja, który jednak dziś miał nieszczęście być złapany, czekał o wiele gorszy los. Sędzia na sali rozpraw, pełnił właściwie rolę figuranta. Faktycznie został zastąpiony przez Floricę, która już wydawało się rozkoszuje się samym strachem skazanego, wydawała wyrok.
Kat pozostał, jednak bat zastąpiony został siekierą. Ogromny drewniany pałąk, zakończony ciężkim ostrzem, który zdobiły zaschnięte plamy krwi, stanowił teraz narzędzie sprawiedliwości.
Złodziej posadzony zostały na środku głównego placu. Tłum gapiów już dawno stał w oczekiwaniu na wykonanie wyroku, których częstotliwość w ostatnim czasie wzrosła. Mężczyzna normalnej budowy o ciemnych włosach, prowadzony był przez dwóch potężnie zbudowanych żandarmów i posadzony na krześle, które stało na środku placu. Przed nim znajdował się ogromy pień, tak wielki, że do jego przyniesienia używano koni, a trzech ludzi potrzeba było do zdjęcia go z wozu. Do samego pnia przytwierdzono kajdany, których zadaniem było utrzymanie rąk skazanego nieruchomo, tak aby nawet podczas próby szamotania się, kat mógł w spokoju wykonywać swój obowiązek. Krzesło, na którym sadzano skazanego, także posiadało specjalne mocowania, które owijały się wokół kostek niczym stalowe węże, zabierając wszelką nadzieję.
Jeden z żandarmów przypiął właśnie skazanego do krzesła. Zimna stal przylgnęła do skóry na kostkach, aż złodziejowi przeszły dreszcze po plecach. Silna ręka chwyciła go za kark i niemal przycisnęła do pnia. W tym czasie drugi ze stróżów prawa, przykuł skazanego za ręce, po czym obaj się oddalili. Złodziej szarpnął dwa razy, jednak potężny drewniany walec ani drgnął. Poczuł jak serce zaczyna mu bić coraz szybciej. Wzrok jego powędrował w dół i w jednej chwili pobladł na twarzy. W miejscu gdzie spoczywały jego ręce, przebiegały prostopadle do jego przedramion,  głębokie bruzdy wyrżnięte w pniu. W tym miejscu drewno było mocno pociemniałe, jakby ktoś rozlał czerwone wino, które wsiąkło głęboko w struktury pnia.
Głośne westchnienie rozeszło się wśród tłumu. Skazany podniósł głowę i z przerażeniem ujrzał, jak w jego stronę podąża muskularna postać kara. W silnych rękach dzierżył on topór. Złodziej właściwie nie wiedział nic innego prócz ostrza, które powoli zbliżało się do niego, zupełnie jakby nie istniał człowiek, który je niósł. Serce podeszło skazańcowi do gardła, tłum tak licznie zabrany na placu, jak jeden mąż cofnął się o krok, w obawie przed tym, aby kat kogoś przypadkiem nie ugodził tym ostrym kawałkiem żelaza.
Mężczyzna zatrzymał się przed osadzonym i omiótł spojrzeniem przykutego przed sobą nieszczęśnika. Gdyby ktoś chciał odczytać, co się kryje w jego oczach, nie zgadłby za nic na świecie.
- Czy chcesz coś powiedzieć, nim wykonam wyrok? – gruby głos dobył się spod maski. Na placu zapanowała cisza. Wszyscy teraz spojrzeli na skazanego.
Mężczyzna przykuty do pnia, poczuł nagle jak cały strach w jednej chwili z niego uszedł. Chłód metalu nie powodował drżenia jego ciała, serce nie łopotało już w piersi jak oszalałe. Podniósł wzrok na swojego oprawcę, a usta otworzyły się z zastygłym słowem na nich.
- Chcesz coś powiedzieć? – spytał kat bez jakiegokolwiek tonu zniecierpliwienia.
- Tak… - odparł po dłuższej chwili skazany – do diabła z Floricą!
Ciężkie ostrze opadło w tym momencie z całą siłą na pień. W jednej chwili złodziej odskoczył od kata i z hukiem upadł wraz z krzesłem na bruk. Krzyk wydobywający się z jego gardła i fontanna krwi tryskająca z miejsc, gdzie jeszcze niedawno były dłonie, sprawiły że niejeden z gapiów odwrócił się zakrywając rękoma uszy, nie chcąc by dotarły do niego wrzaski bólu.
Długi jeszcze czas złodziej miotał się na ziemi, przykuty do krzesła. Przekleństwa miotane w kierunku rodziny Serban rozchodziły się dookoła. Kat w pierwszej chwili stracił rezon, jednak szybko doszedł do siebie. Rzucił topór na ziemię i podszedł do skazanego, którego krew malowała kamienny bruk dookoła. Ukląkł w kałuży krwi i chwyciwszy złodzieja za gardło, tak że temu zabrakło tchu, dobył zza pazuchy nóż.
- Twój język już nazbyt wiele powiedział – rzekł kat, gdy wrzaski złodzieja ucichły.
Skazany próbował odruchowo chwycić kata, jednak umysł jeszcze nie przystosował się do sytuacji, że zamiast dwóch zręcznych dłoni, miał teraz dwa nieporęczne kikuty.
Ostrze błysnęło w powietrzu i nóż wbił się w podbródek skazanego. Kat wykonał niewielkie cięcie i po chwili złodziej poczuł jak krztusi się swoją własną krwią. Oprawca odstąpił od skazanego, który przewrócił się na bok i kaszląc krwią, wypluł swój język, który potoczył się parę stóp dalej.
- Już więcej, żadnego bluźnierstwa nie wypowiesz – odparł kat wycierając nóż w kapotę i chowając go za pas – opatrzyć i wyrzucić to ścierwo z miasta – zwrócił się do żandarmów, którzy bez słowa podeszli do skazanego i odbieli kajdany krępujące jego nogi.
Oprawca podniósł z ulicy swój topór i powoli zaczął się oddalać od miejsca wykonania kary. W tym czasie żandarmi wlekli na wpółprzytomnego skazanego do pobliskiego lekarza. Po opatrzeniu zostanie on wygnany poza miasto, a dalej niech sobie radzi.
Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Wiele egzekucji widziały już ich oczy, jednak za każdym razem budziły przerażenie i strach. Tego dnia do wszystkich dotarło, że karta ich praw została uszczuplona o wolność słowa. Zrozumieli, że żarty oraz wszelka krytyka władzy, o ile kiedyś przymykano na to oko, teraz była karana z równą surowością jak poważne przestępstwa.


* * *

Razu pewnego, gdy nowe prawo już na dobre zakorzeniło się na ziemiach Dobrudży, a stary władca odszedł z tego świata, niemal w całkowitym zapomnieniu, Florica siedziała właśnie w pałacowej bibliotece, zatopiona w lekturze znamienitego XVI-wiecznego pisarza angielskiego pisarza Shakespeare’a. Nagle otworzyły się drzwi przez które wszedł jeden z kamerdynerów, którymi Florica lubiła się otaczać. Starszy mężczyzna, na którym siwizna nie pozostawiła żadnego śladu z ciemnej i bujnej niegdyś czupryny, stał lekko zgarbiony przed kobietą, która lekko podniosła wzrok znad książki.
- Miła pani, przepraszam najmocniej, że przeszkadzam, ale… - mężczyzna starał się złapać oddech. Widać była, że pędził tutaj najszybciej jak potrafił, aby przekazać nowinę – złapaliśmy mężczyznę, który polował w lasach należących do waszmości.
Kobieta dopiero teraz podniosła wzrok, w którym można było dostrzec wyraźne zainteresowanie.
- Kłusownik?
- Nie wydaje mi się łaskawa pani, choć przyłapano go na polowaniu.
- A więc kłusownik – kobieta wstała – gdzie on jest?
- Strażnicy przywlekli go do głównej sali.
- Prowadź zatem.
Kamerdyner ukłonił się i powolnym krokiem opuścił bibliotekę. Idąc przez pałacowe hole, czuł na swoich plecach oddech Florici. Ciarki przechodziły po plecach, każdemu, kto był z nią sam na sam. Od zawsze była okrutna, ale wraz z odejściem Constantina, można było odnieść wrażanie, że mrok spowił ziemie Dobrudży. Nawet wśród najbliższych dziedziczki rodu Serban krążyła opinia, jakoby Florica czerpała przyjemność ze swojej okrutności.
Drzwi do główne sali otwarły się i oczom Florici ukazał się starszy mężczyzną stojący pośrodku oraz dwóch żandarmów, którzy pilnowali pojmanego. Kobieta  wyminęła kamerdynera, zbliżyła się do mężczyzny i uważnie mu się przyjrzała. Miał około 60-ciu lat, jednak swoją postawą sprawiała wrażenie o dziesięć lat młodszego. Stał wyprostowany i patrzył przed siebie. Siwizna powoli przyprószała jego ciemno-kasztanową czuprynę, która dodatkowo znajdowała się w lekkim nieładzie. Bystre, niebieskie oczy spoglądały przed siebie. Ubrany był dość schludnie, spodnie uszyte z ciemnego materiału, czarne skórzane buty, do tego biała koszula, na którą narzucona była marynarka z tego samego materiału co spodnie.
- Nie jesteście stąd, prawda? – spytała władczym tonem Florica.
- Nie miłościwa pani – odparł spokojnie mężczyzna. Jakby nie docierało jeszcze do niego, to w jak poważnej sytuacji się znalazł.
- Jak się nazywacie?
- Ludwig Feuerbach miłościwa pani.
Florica pierwszy raz w swoim życiu zdawała się być zbita z tropu. Nawykła do tego, że każdy kto przed nią stał, dosłownie trząsł się ze strachu, czuła pewien dyskomfort, widząc jak mężczyzna stojący przed nią, zachowuje się tak swobodnie.
- Feuerbach… - odparła kobieta, starając się ukryć swoje zakłopotanie – wasze nazwisko jest typowo niemieckie.
- Stamtąd też pochodzę miłościwa pani, a dokładnie z Bawarii. Urodziłem się w mieście Landshut.
- Cóż zatem robicie tak daleko od waszego kraju?
- Podróżuję miłościwa pani. Jestem badaczem i doktorem nauk filozoficznych. Interesuję się wierzeniami i religiami, które obowiązują w różnych krajach.
- Zatem chcecie powiedzieć, że i obiektem waszych badań są rumuńskie ziemie?
- Nie inaczej miłościwa pani.
Spokój jaki emanował z tego człowieka, sprawiał że Florica czuła się coraz mniej pewnie. Każdy kto znajdował się teraz w salonie, czyli dwaj żandarmi oraz kamerdyner, również odnieśli takie wrażenie i poczuli lekką sympatię do tego człowieka. Sympatię, ale także i żal, gdyż każdy z nich znał już los tego, który zwał się Feuerbachem.
- Teraz sobie przypominam. Twierdzicie, że jesteście filozofem, ja z kolei wiem, że widziałam wasze nazwisko w jednej z książek matematycznych.
- Och! – Ludwig zaśmiał się serdecznie – proszę o wybaczenie. Zapewne pojawiło się przy twierdzenie o „okręgu dziewięciu punktów”. Faktycznie to nazwisko mojego rodu, lecz samo twierdzenie już nie moje, a mojego brata Karla Wilhelma Feuerbacha. Jest on tym z rodziny, który wiedzie prym w naukach ścisłych, ja zaś miła pani…
- Dość! – Florica podniosła rękę do góry, na znak aby mężczyzna zamilkł. O dziwo Feuerbach wcale nie wydawał się przestraszony, czy nawet zdziwiony jej zachowaniem.
Mężczyzna stał wyprostowany, twarz jego nie wyrażała żadnych emocji. Florica czuła coraz większe wzburzenie, jednak zdołała pohamować swój gniew.
- Co robiłeś w moich lasach?
- Spacerowałem.
- Kłamiesz! Przyłapano cię na kłusownictwie!
- Mnie? – Mężczyzna zrobił wyraźnie zdziwioną minę.
- Moi żandarmi przyłapali cię podobno, jak zabijałeś zwierzę, które mieszkało w moich lasach.
Mówiąc to kobieta zwróciła się ku dwóm mężczyznom, którzy stali po obu stronach Ludwiga. Ci w jednej chwili poczuli jak nogi uginają się pod nimi. Popatrzyli na siebie, po czym jeden z nich, ten wyższy pokiwał twierdząco głową.
- Wi… widzieliśmy, jak ten człowiek – tutaj wskazał na Feuerbacha – wyciąga strzałę z martwego jelenia nieopodal pałacu.
Kobieta spojrzała na pojmanego, a w jej oczach zapłonął ogień.
- Więc? Jak zamierzacie to wytłumaczyć miłościwy panie?
- Łaskawa pani, zaszło ogromne nieporozumienie – odparł spokojnie Ludwig – to zwierze, o którym mowa, było już martwe gdy je znalazłem. Podczas mojej przechadzki po lesie ujrzałem dziwny kształt leżący na ziemi, który przykuł moją uwagę. Zaciekawiony co to takiego, podszedłem bliżej. Jako, że zwierz po części był skryty w krzakach, toteż nie od razu odgadłem co to takiego. Gdy odgarniałem listowie natknąłem się na strzałę. W tym momencie ci dwaj panowie, wyrośli niczym spod ziemi, pochwycili mnie i przyprowadzili tutaj.
- Łżesz! – Florica krzyknęła tak głośno, że zebrani mieli wrażenie, iż mury pałacu się zatrzęsły.
- Ręczę honorem, że nie miłościwa pani. Proszę powiedzieć, jak mógłbym zabić to biedne zwierzę, skoro nie mam przy sobie łuku ani kuszy, a strzała tkwi głęboko w ciele zwierza, co świadczy o dużej sile z jaką musiała być wbita…
- Zdążyłeś ukryć broń! – kobieta powoli traciła panowanie nad sobą. W żaden sposób nie potrafiła opisać uczucia, które nią owładnęło. Nie była to w żadnym wypadku zwykła złość. Mężczyzna, który stał przed nią, swoim zachowanie budził w niej coraz większy niepokój.
- Zapewniam miłościwa pani, że jest pani w błędzie.
- Milcz! Straż! Wyprowadzić go! – Florica wrzasnęła z taką siłą, że wszyscy obecni w pokoju poza Ludwigiem poczuli, jakby sam diabeł krzyczał – na co czekacie?! Na szafot z nim!
Dwóch żandarmów w jednej chwili pochwyciło mężczyznę i mieli już odprowadzać do wyjścia, gdy ten nagle spytał poważnym tonem.
- Za co mianowicie jestem skazany? – głos jego nie drżał. Był opanowany i spokojny, jednak powaga i zdecydowanie z jaką wypowiedział te słowa, sprawiły, że kobieta przez chwilę się zawahała. Nie takiej reakcji oczekiwała.
- Skazuję cię za kłusownictwo w moich lasach oraz za obrazę rodu Serban w ich posiadłości! – wykrzyczała.
Mężczyzna westchnął cicho i pokręcił zrezygnowany głową. Nagle podniósł wzrok ku górze. Jego niebieskie oczy wpatrzone były przed siebie, były jakby nieobecne o słowa same wychodziły z jego ust.
- Poważny błąd popełniasz. Grzech przeciwko drugiemu człowiekowi i wiedz, że uczynek twój nie zostanie bez odpowiedzi. Straszliwa kara niedługo spadnie na ten dom i mrok spowije te ziemie. Jeśli nie pohamujesz rządzy krwi, przeklęta niech będzie twoja dusza, która spoczynku nie zazna po śmierci.
- Precz! Zabierzcie go i jeszcze dziś wykonajcie wyrok, bo inaczej samo zaraz podzielicie los tego głupca!
Feuerbach nic więcej nie odparł. Strażnicy wyprowadzili go z sali. Kamerdyner również opuścił pomieszczenie z największą dyskrecją, lecz nawet gdy był już u siebie w pokoju, nie potrafił pohamować drżenia, które wywołało zdarzenie ostatniej godziny. Pierwszy raz widział dziedziczkę rodu Serban w takim stanie i wiedział, że nie chciałbym znów tego przeżywać.
Florica stała pośrodku dużego pomieszczenia i czuła jak furia powoli ją ogarnia. Chmury za oknem jakby stanowiły idealne odzwierciedlenie jej stanu. W jednej chwili zapadł mrok, ten sam, który spowił ten ziemie podczas jej narodzin. Znienacka piorun uderzył nieopodal wzniecając biały snop iskier. Kobieta czuła jak serce wali w jej piersi niczym młot, a z każdym takim uderzeniem uderza kolejna błyskawica.
Ludzie w pałacu jak i mieście w jednej chwili przypomnieli sobie dzień, kiedy na świat przyszła ich władczyni i tak jak wtedy przeczuwali, że ogromne nieszczęście spadnie na ich ziemie.
Florica stałaby jeszcze długo pośrodku sali głównej swojego pałacu, gdyby nie strażnik, który wszedł właśnie i nie obwieścił drżącym głosem, że wyrok wykonano. Kobieta spojrzała w kierunku żandarma, który w jednej chwili pobladł. Jej ciemne oczy przypominały na bladej twarzy, dwie czarne kropki na białym płótnie. W świetle błyskawic, które co chwila rozświetlały panującą ciemność, dostrzec można było każdą żyłę skrytą pod jej delikatną skórą.
- Zaprowadź mnie, chcę zobaczyć jego ciało – odparła zimnym, wręcz lodowatym tonem.
- Ale miłościwa pani, jego ciało leży teraz na dworze za pałacem, a potężna ulewa się zebrała, może…
- Zrób co ci kazałam!
- Tak jest.
Flocrica podążyła za strażnikiem do wyjścia, które gdy otworzyła, potężny podmuch wiatru uderzył oboje w twarz. Ściana deszczu, która lunęła z nieba, sprawiała, że prawie nic nie było widać. Strażnik dał niepewnie krok naprzód. Kobieta podążyła za nim. Ciężkie krople wody opadały na nich. Jej delikatna stopa zstąpiła z kamiennej posadzki, na mokre błoto, jednak ona nie zwracała na to uwagi.
Szli powolnym krokiem do miejsca stracenia, a pioruny uderzały z każdą chwilą coraz bliżej pałacu. Jeszcze tylko kilka kroków dzieliło ich od ciała, przy którym stał jeden wartownik. Florica widziała czarną niewyraźną plamę na ziemi, jednak czuła, że musi się upewnić iż ten mężczyzna na pewno nie postawi już stopy wśród żywych. Kolejny krok i piorun uderzył w pobliskie drzewo. Potężny błysk oślepił każdego, kto był teraz w pobliży. Drzewo na moment zajęło się lekkim płomieniem, który szybko zgasł. Kobieta podeszła bliżej. Ciało mężczyzny leżało tuż u jej stóp.
- Miłościwa pani… - odparł niepewnie strażnik.
- Zamilcz!
Kobieta przykucnęła przy ciele. Kolejna błyskawica rozświetliła okolicę, na krótki moment. Wystarczyło jednak, aby Florica mogła się przyjrzeć, temu który przed chwilą stał przed nią dumny i budził w niej taki niepokój. O dziwo nawet teraz, jego twarz była spokojna. Oczy zamknięte, zupełnie jakby spał. Znów przeszły ją nieprzyjemne dreszcze. Kolejny rozbłysk i potem zapanowała ciemność.

* * *

Wysoko, na porośniętym trawą wierzchołku wzgórza, którego zbocza i podstawę stanowią leśne ostępy z pokrzywionymi, posępnymi drzewami, pałac. Wspaniała niegdyś budowla, budząca podziw i szacunek wśród ludzi zamieszkujących te tereny, dziś – kiedy lata chwały minęły bezpowrotnie - straszy swoją pustką.
Od ponad kilku lat jego mury i krenelaże spoglądają ponuro na otaczające je okolice, zupełnie  jakby  całun  nocy  zaczepił  swoje  płótno  o  jedną  ze  strzelistych  wież,  nie  mogąc  zsunąć  się całkowicie i pogrążając jego mieszkańców w wiecznym śnie. Wraz ze śmiercią jego ostatniego mieszkańca, w położonym u stóp wzgórza miasteczku ...,  zaczęły powstawać coraz to wymyślniejsze legendy na temat wygaśnięcia rodu Serban, który władał tymi ziemiami. Uśpione letargicznym snem, odziane w kolorowe szaty ludzkiej wyobraźni opowieści, niesione rękami ludzkich ust powoli wykraczały poza granice hrabstwa, docierając do najdalszych zakątków kraju.
Pozbawione sensu byłoby opisywanie każdego z tych podań, które  dalekie  były  od  uzyskania  miana  wiarygodnych. Prosty  umysł,  nie  potrafiący  poradzić  sobie  z ogromem otaczającego go świata, tworzy swoją własną rzeczywistość, w której się obraca i na swój  sposób usiłuje opisać to czego nie rozumie. 
Do dziwacznych – w prostackim mniemaniu - zjawisk nie zaliczam bynajmniej samej śmierci, która jest naturalną częścią życia, tak jak drzwi są częścią składową pokoju. Jednak gdy bezwzględny żniwiarz, jednej nocy bez powodu gasi tyle świec ludzkiego życia, których nie zdmuchnęła ani wojna, ani zaraza, przestaje to być zaliczane do zdarzeń zwyczajnych. Jeśli dodamy do tego brak choćby jednego ciała, wówczas w nasze umysły zakradają się najprzeróżniejsze myśli, które karmione naszym strachem, rosną do niebotycznych rozmiarów. Gdy z racji swojej wielkości poczują ciasnotę w takim  umyśle,  wypływają  powoli  na  język,  który  wyrzuca  je  na  światło  dzienne,  tam  gdzie  mają nieograniczoną przestrzeń rozwoju dopóty, dopóki ludzie nie przestaną ich karmić. Tętniący niegdyś życiem pałac nagle ucichł, umilkli ludzie, a wraz z nimi ich muzyka. Nawet najmniejszy blask świecy nie wydobywał się z okiennic, nawet jedna nuta nie opuściła dusznych murów pałacu. Zaniepokojeni mieszkańcy Dulcei,  kierowani  lękiem  i ciekawością postanowili wytypować ze swoich szeregów kilku śmiałków, którzy mieli udać się do pałacu, aby wyjaśnić tą tajemnicę. 
Wyruszyli z samego rana. Kierując się ścieżką, która znaczyła zielone wzgórze, niczym blizna, zbliżali się powoli do zimnych murów pałacu. Żaden z nich nie potrafił powiedzieć, w którym momencie przekroczyli tą niewidzialną granicę, za którą ludzki umysł zaczyna odczuwać niepokój związany z tym irracjonalnym pomysłem. Idąc dalej, z każdym kolejnym krokiem uczucie to pogłębiało się osiągając powoli stopień strachu. Jedyne co ich w takiej chwili trzymało na obranej ścieżce, to zwykła ciekawość. Byli  już  pod  samą  bramą,  która  otwarta,  witała  ich  swoimi  masywnymi  drewnianymi  skrzydłami. 
Śmiałkowie przez chwilę stali w milczeniu, to ostatnia szansa aby się wycofać, potem może już być za późno. Każdy z nich wiedział o tym doskonale, lecz żaden nie odważył się tego głośno powiedzieć. Zdobywając się na niesamowity wysiłek psychiczny, ruszyli dalej. Przekraczając progi pałacowych wrót, znaleźli się na dziedzińcu. Kamienna dróżka rozwidlająca się na środku placu, przecinała wspaniale urządzony ogród. Najprzeróżniejsze gatunki drzew i kwiatów, sprowadzone z różnych stron świata. Wszystkie te komponenty wspaniale współgrały ze sobą tworząc idealną całość, której natura mogła pozazdrościć uporządkowania. W takim miejscu tylko ład, z jakim to wszystko było zorganizowane, przypominał że na świecie istnieje istota zwana człowiekiem, która potrafi w taki cudowny sposób wykorzystać dar przyrody. Jednak ludzi odpowiedzialnych za to miejsce nie było. Nie było nikogo. 
Mieszkańcy  miasta  postanowili rozdzielić się na dwuosobowe grupki i przeszukiwać kolejne pomieszczenia. W przeciągu kilku godzin przetrząśnięto wszystkie komnaty, sale, kuchnie, jadalnie. Nawet pałacową kaplicę. I nic. Nie było pani tej ziemi, służby, rezydentów i nadwornych gości. Zupełnie jakby ktoś postawił ten pałac nie dla ludzi, a dla samej idei budowania. 
Kurz powoli zalegał pałacowe meble, zaś pomieszczenia świeciły pustkami. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, nabierając czerwonej barwy tak charakterystycznej dla tej pory dnia. Zrezygnowanie wdarło się w umysły ludzi, którzy powoli zbierali się na dziedzińcu. Gdy wszyscy byli już obecni, ruszyli w drogę powrotną do miasta, niosąc ze sobą okropną nowinę.  I  tak  od  ponad  kilku lat,  pałac  zimny  niczym  kamień  z  którego  została  zbudowany,  otoczony mroczną tajemnicą zniknięcia tych, którzy kiedyś panowali na jego murach, stał, pozbawiony duszy. 
Przez jakiś czas budził ludzki niepokój, jednak z biegiem czasu stopień jego nasilenia malał, a w pewnym momencie człowiek przyzwyczaił się do obecności tego widma w sąsiedztwie. Z lęku zostały tylko opowieści o historii jego mieszkańców. 
Jednak teraz, po tych kilku latach, strach przodków odżył na nowo. Zbudziło się do życia to widmo, które tyle lat trwało w uśpieniu, siejąc ziarna niepokoju, które szybko kiełkowały w sercach ludzi, powoli zakorzeniając w nich swój strach. Ziarna te zasiało pewne zdarzenie, które miało miejsce. 
Podczas jednej z wiosennych nocy, gdy słońce już dawno skryło się za horyzontem, ustępując miejsca księżycowi i gwiazdom, miasto Dulcea przeszył krzyk. Wszyscy mieszkańcy, tak jak byli odziani, wybiegli na ulice, zbudzeni głośnymi jękami. Wydawać by się mogło że hałas dochodzi ze wszystkich stron. Zaspany umysł ludzki, w chwili gdy nie potrafi ogarnąć sytuacji, uruchamia wszystkie siły organizmu, niezbędne do rozbudzenia. Wraz z przejaśnianiem się umysłu, drogi z których zdawał się dobiegać hałas skupiały się powoli w jedną, która prowadziła prosto do zamku. Gdy ludzie skierowali swoje oczy w kierunku źródła tego krzyku, zatrzymali je na właśnie na budowli. Dreszcz przeszył każdego z nich, uderzając w najczulsze nerwy powodując drżenie całego ciała. Na pałacowych murach, które od lat skąpane były w ciemnościach, tlił się biały płomień. Nie sposób było odgadnąć co było źródłem światła. Było takie nienaturalne. Żadna rzecz - prócz księżyca - znana ludziom nie potrafiła wydobyć z siebie takiego blasku. Srebrzyste światło otaczało swymi promieniami coś ciemnego. Gdy tylko ludzki wzrok przyzwyczaił się do tego widoku, dostrzegł bez trudu że była to ludzka sylwetka. W tym momencie umysł był już na tyle rozbudzony, aby dojść do racjonalnego przypuszczenia, że to krzyk tej osoby wyrwał go z sennego uśpienia. 
Najgorsze jednak stało się gdy jego bystrość osiągnęła swoje maksimum. Bezładny dotąd krzyk, który docierał do niego składał się w sensowny dźwięk, budzący grozę, wśród zebranych ludzi. W takiej chwili umysł żałował, że się w ogóle obudził  i  pozwolił  przez  to  poddawać  się  atakom  odgłosów,  które  go  dosięgały.  odgłosów,  których brzmienie przybierało powoli swoich naturalnych barw, składając się w jeden obraz piekielnego śmiechu, dobywającego się z pałacowych murów.

2 komentarze:

  1. Cześć,

    Cholera, nie wiem od czego zacząć. Może zacznę od tego, że taki styl, gotycki jak mniemam, jest mi dosyć obcy. Poza kilkoma filmami mało kiedy spotykałem się z czymś takim, a i tak mnie zaciekawiłeś. Uwielbiam historie a takie opowiadania rozbudzają wyobraźnię i zmuszają do wyobrażania sobie to co się dzieje w danej chwili i to jest piękne. Całą stylistyka prologu, obrazek w tle i ten gęsty klimat są świetne. Jeszcze ten język, wiedz, że jest idealne wpasowany w cały klimat opowiadania. Cholernie mi się to wszystko podoba, liczę na regularne i jak najczęstsze dodawanie rozdziałów bo już nie mogę się doczekać następnego wpisu. To za co się zabrałeś jest tak różne od twojego poprzedniego opowiadania, że aż nie mogę wyjść z podziwu jak dobrze sobie radzisz. Wydaje mi się, że zachęcisz mnie tym opowiadaniem do przeczytania tejże książki i wciągnięcia się do tego świata. Czekam na więcej!

    P.S.
    Nie mam zamiaru komentować każdego wpisu, ponieważ tyle czasu ile poświęcasz na napisanie jednego rozdziału pewnie musiałbyś poświęcać na czytanie moich komentarzy, trochę się otworzyłem od naszych ostatni konwersacji.

    W każdym razie życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. ahhhh, już nie mogę doczekać się pierwszego rozdziału. bardzo mnie zaciekawiłeś tym prologiem. ale nie ma możliwości na wprowadzenie Draculi, co? mimo to, będę czytać.
    życzę Ci dużo weny i żebyś dokończył swoją nową historię :)

    OdpowiedzUsuń