niedziela, 8 listopada 2020

ROZDZIAŁ VI

 

Z dziennika Egona Erwina Kischa

17 września 1837

 

            Ta noc była jedną z najdłuższych, o ile nie najdłuższą, którą miałem przeżyć w swoim niekrótkim życiu. Zaraz po kolacji, wraz z moim przyjacielem udaliśmy się do naszych komnat. Trzy razy upewniałem się czy zamknąłem dokładnie drzwi na skobel, jak również czy wszystkie okiennice nie mają w sobie żadnej szczeliny, przez którą złe moce nie byłby w stanie przepuścić swoich macek. Z perspektywy czasu niezwykle irracjonalny wydaje mi się ten pomysł, bo gdzież by to konstrukcja z drewna i szkła miałaby zatrzymać moce, dla których bariery nie stanowią rzeczy tak wielkie i abstrakcyjne, jak przestrzeń i czas.

            Blask płomyków rzucany przez świece, nadawał mojej komnacie w miarę ciepły nastrój, łagodząc niemiłe uczucie, które towarzyszyła nam tego wieczoru. Zmęczony położyłem się na łóżku w nadziej na szybki sen, jednak z sobie tylko znaną złośliwością, ów sen nie nadchodził. O ile nigdy blask świec nie przeszkadzał mi w zaśnięciu, o tyle dziś było to nie do zniesienia. Jednakże jakaś dziwna siła… czyżby to strach… powstrzymywała mnie przed pogrążeniem mojego pokoju w całkowitym mroku. Strach irracjonalny, który można przypisać kilkuletnim dzieciom, ale powszechnie poczucie braku jakiejkolwiek logiki czy też racjonalności tego miejsca, usprawiedliwiała wiele czynności.

            Czas płynął, a sen nie nadchodził. Wierciłem się na moim sienniku, jednocześnie nasłuchując wzmagający się za oknem wiatr i coraz mocniej uderzające o szyby okien, krople deszczu. Skierowałem wzrok na świecie, które były już w jednej trzeciej wypalone, co pozwalało nasunąć wniosek, że męczyłem się tak przynajmniej dwie godziny.

            Nagle, aż podskoczyłem na łóżku. Strach uderzył dosłownie tuż obok, wyrywając mnie z mojego marazmu. Uderzenie było na tyle silne i nieoczekiwane, że serce i w ogóle całe ciało drżało w silnym przeświadczeniu panującej dookoła grozy. Co gorsza piorun ów, który tak na mnie podziałał, nie miał swojego źródła na zewnątrz, w dobywał się zza drzwi wejściowych do mojej komnaty. Strach ten miał postać niezwykle głośnego i przenikliwego wrzasku, jakby rozwarły się wrota piekieł i sam diabeł pragnął obwieścić światu o swojej obecności.

            Nagle znowu zapadła cisza, która trwała kilka, nie dłużej jednak jak kilkanaście minut. Cały czas drżąc, wstałem z łóżka i najciszej, jak tylko potrafiłem, podszedłem do drzwi, jednocześnie nasłuchując co się dzieje. Chwilę tak stałem, niczym ciekawska służka, przytykając ucho do drewnianych podwoi. Serce waliło mi na tyle mocno, że przez moment szybkie kroki, które dochodziły z korytarza, pomyliłem właśnie z jego biciem. Dopiero energicznie dobijanie się do drzwi i głos mojego przyjaciela, który zza nich dochodził dały mi do zrozumienia, że nic z tego co się działo, nie było jedynie omamem.

- Egon! – lekko stłumiony głos mojego przyjaciela przebijał się przez drzwi do moich uszu – Egon! Jesteś tam?! To ja!

- Nikola?!

- Tak otwórz!

            Po chwili wahania odsunąłem skobel, nie zdążyłem do końca uchylić skrzydła, gdy mój przyjaciel wpadł do mojej komnaty i jednym ruchem zatrzasnął i zaryglował drzwi z powrotem. Na tyle, na ile mogłem się wtedy skupić, zorientowałem się, że był ubrany w ten sam strój, który miał na sobie wieczorem, natomiast w ręku trzymał coś dziwnego, pudełko z korbą i wystającym u góry, kulistym kształtem wielkości pięści, zrobionym ze szkła.

- Dobrze, że podobnie jak ja, także i ty pewnie nie zmrużyłeś oka tej nocy, bo pewnie stałbym pod twoimi drzwiami do sądnego dnia.

            Jakkolwiek Tesla chciał rozładować napięcie, które teraz panowało, ostatnie słowa jego wypowiedzi sprawiły, że ciarki przeszły mnie po plecach.

- Nie, nie śpię… - próbowałem uspokoić oddech – ale powiedz mi, czy ja już wariuję, czy ty też słyszałeś ten… nawet nie wiem, jak to opisać, słów mi brakuję na to, co się wydarzyło dosłownie kilka minut temu.

- Nie mój przyjacielu – Tesla starał się panować na głosem, choć można było wyczuć, że i jemu udziela się atmosfera strachu. A jeżeli Nikola ulegał powoli takim emocjom, człowiek, na który potrafił ograniczyć wpływ świat zewnętrzny na swój własny umysł, to znaczy, że sytuacja jest naprawdę poważna.

Usiedliśmy obaj, ja na krześle na środku pokoju, natomiast Nikala na moim łóżku. Obok położył przedmiot, który ze sobą przyniósł i któremu mogłem się teraz lepiej przyjrzeć, jednak nie dostrzegłem w nim więcej szczegółów niż za pierwszy razem, poza dwoma cienkimi drucikami, który z niego wystawały z okolic, gdzie znajdowała się korbka i szły w kierunku szklanej bańki.

- Nie mogłem zasnąć – zaczął Tesla – dlatego, też postanowiłem, że popracuję z nadzieją na to, że wysiłek intelektualny mnie zmęczy i tym samym pozwoli na nadejście snu – mówiąc to poklepał drewniane pudełko, które ze sobą przyniósł. – pozwól mój drogi, choć pewnie chwila nie jest najbardziej odpowiednia, że opowiem ci o moim wynalazku, ponieważ, jak podejrzewam, to właśnie jest powód tych wrzasków, których na obu tak zaniepokoiły.

            Nerwowo poruszyłem się na krześle, a jednocześnie po raz trzeci spojrzałem, tym razem ze zdumieniem, na to co Tesla ze sobą przyniósł. Postanowiłem jednak wysłuchać mojego przyjaciela, bo teraz, na tą drobną chwilę górę nad strachem wzięła ciekawość.

- Tak, pozwól, ze zacznę od początku, który postaram się streścić najlepiej jak tylko potrafię, ale może to nam pozwoli zrozumieć to, co się tutaj wydarzyło. Otóż, jak sam wiesz od jakiegoś czasu ukierunkowałem swoje badania na pewną dziedzinę, która być może pozwoli, usprawnić nie tylko życie pojedynczego człowieka, ale pójdzie w skalę makro i da początek na zrobienie kolejnego kroku w aktualnej rewolucji, jaka ma miejsce w przemyśle – tutaj Tesla zrobił pauzę, podnosząc jednocześnie rękę do góry, dając do zrozumienia, abym starał się nie przerywać – projekt, któremu nadałem roboczą nazwę „elektryczność” zakłada, że pewne czynności będą wykorzystywane automatycznie, podobnie jak to ma miejsce teraz w przypadku maszyn parowych, jednakże wydajność będzie zdecydowanie większa. Skąd taka pewność, zapytasz pewnie. Otóż mój drogi przyjacielu, zapewne nieraz widziałeś drzewo powalone przez piorun. Roztrzaskany w drzazgi w ułamek sekundy, jaka to musi być moc! – Akcentując ostatnie słowa, Nikola aż klasnął w dłonie z zachwytu. Teraz można widzieć po nim, jak powoli odcinał się od świata zewnętrznego, pochłonięty swoim… nie wiem jak to nazwać, zapałem naukowym, który nosi w sobie pewne znamiona szaleństwa?

- Zgaduję, że snujesz wizje opanowania tej siły? Nie rozumiem jednak, jak to ma się do tego co się…

- Już tłumaczę, proszę cię przyjacielu, daj mi jeszcze chwilę. Rozumiem twoje zaniepokojenie i zapewne uważasz iż oszalałem, skoro w takiej sytuacji prawię o takich rzeczach. Niemniej im bardziej to wszystko analizuję, tym bardziej jestem przekonany, że na chwilę obecną nic nam nie grozi, a dokładniej, tak długo dopóki mamy to – tutaj wskazał dłonią swoje urządzenie.

- Teraz to już nie rozumiem. Chcesz powiedzieć, że to… urządzenie, które przyniosłeś, nas ochroni?

- Cierpliwości przyjacielu. Wyobraź sobie teraz, że ta moc pojedynczego pioruna została przez człowieka okiełznana. Ba! Człowiek jest w stanie samodzielnie taką moc wyzwolić! Wiem o co teraz spytasz. W jaki sposób taką energię wyzwolić, skąd czerpać jej źródło. Przyznam, że i jak sam długo nad tym siedziałem, bo taka maszyna parowa, czerpie moc z pary, którą wytwarza się poprzez spalanie węgla i tym samym podgrzewanie kotła z wodą, która zmienia swój stan skupienia. Nie będę cię zanudzał technicznymi detalami stworzenia, nazwijmy to źródła elektryczności, w którym można kumulować energię oraz opisami jego funkcjonowania, niemniej pochwalę się samym faktem stworzenia swojego rodzaju zbiornika, z którego taką energię można pobierać i wykorzystywać do własnych celów. I tutaj zbliżam się do sedna tego, co uważam jednocześnie za przełomowe, jak również za coś co może chronić nas przed tym miejscem. Nim jednak to zrobię, pozwól, że Cię o coś zapytam.

- Słucham.

- Czy – tutaj Tesla zniżył głos, niemal do szeptu – nie zauważyłeś czegoś osobliwego? Nie pytam o to miejsce, a po prostu o naszych gospodarzy?

- Pytasz o lady Florice i jej stangreta?

- Dokładnie. Wiem, że jesteś zręcznym obserwatorem i nie omieszkałeś już dokonać pewnej analizy. Chociażby fakt, jak ta kobieta zakradła się niepostrzeżenie do ciebie.

- Tak jak najbardziej, ale moje przemyślenia już znasz, czyżbyś zauważył coś jeszcze?

- Nie wierzę! – Tesla klasnął otwartą dłonią w kolano – normalnie wierzyć mi się nie chce, że ktoś taki jak ty nie dostrzegł wydarzenia tak oczywistego. Co jak co przyjacielu, ale ty powinieneś dostrzec to, co powinno być oczywiste.

- Drogi Nikola, czy mógłbyś nie trzymać mnie więcej w niepewności? – Czułem powoli wzrastającą irytacją. Szanowałem Teslę, ale jego wywody czasem zanadto wydłużały.

Teslę, jednak w najmniejszym stopniu nie zbiło to z tropu i kontynuował swój monolog.

- Czy zwróciłeś uwagę na wielkie lutro, które znajduje się w głównym holu na prawo od wejścia do pałacu?

- Tak, włoskie z XVI wieku, renesansowe.

- Dokładnie, a czy zauważyłeś coś jeszcze?

- Nie bardzo rozumiem do czego zmierzasz.

- Przypomnij sobie, że nigdy nasi gospodarze nie stawali przed nim, za każdy razem obierali drogę okrężną. Ale to jeszcze nic – Tesla jakby przewidział, że chce mu przerwać i po raz kolejny podniósł rękę, w uspokajającym geście – postanowiłem się temu przyjrzeć i dziś wieczorem, gdy kierowaliśmy się do komnat, zerknąłem jeszcze do głównego holu. Szczęśliwym trafem, spotkałem tam naszego znajomego stangreta, którym zdawałoby się nie zauważył mnie. Miałem szczęście, bo przechodził obok owego lustra i zgadnij, co zauważyłem. Nie dostrzegłem w nim żadnego odbicia, choć przechodził bezpośrednio przed nim. Nie ma mowy i przewidzeniach, gdyż jestem tego równie pewien jak tego, że tu siedzę i widzę cię przed sobą.

            Przyznam, że to co powiedział Nikola zainteresowało mnie. Gdybym usłyszał takie słowa od kogoś innego, pomyślałbym, że mam do czynienia z szaleńcem, z kimś niespełna rozumu albo przynajmniej z kimś z czyimi zmysłami poznawczymi nie jest do końca w porządku. Jednak w tym wypadku, naprawdę nie wiedziałem wówczas, co powiedzieć.

- To nie koniec – Tesla kontynuował po krótkiej przerwie – pozwól, że zadam ci jeszcze jedno pytanie. Czy jak tu jesteśmy, spotkałeś może za dnia naszych gospodarzy?

- Nie, zawsze pojawiali się wieczorem, chociaż nie zauważyłem, aby kiedykolwiek opuszczali pałac lub do niego przybywali. Zawsze zjawiali się późnym wieczorem…

- Dokładnie w momencie, kiedy słońce chowało się za horyzontem.

            Przez chwilę zastanawiałem się nad ostatnim zdaniem i faktycznie, tak właśnie było. Nigdy nie widziałem naszych gospodarzy w świetle dnia.

- I jeszcze jedna rzecz, sam zwróciłeś na wielką siłę stangreta wtedy, gdy pomagał Ci wysiąść z karocy – odruchowo złapałem się za ramię, które wówczas mężczyzna chwycił, jeszcze teraz miałem na nim niewielkie purpurowe siniaki, które powstały pod wpływem uścisku jego silnej dłoni.

- Tak pamiętam, że pomógł mi utrzymać równowagę, a uścisk miał naprawdę silny.

- Kolejna rzecz, której nie spostrzegłeś mój przyjacielu, zaiste to miejsce źle wpływa na twoje zmysły. Otóż mój przyjacielu on nie tylko pomógł ci utrzymać równowagę. Chwycił cię w taki sposób, że skupiając się na tym aby nie upaść i na bólu, że nie zauważyłeś, że ten człowiek trzymał cię przez kilka chwil w powietrzu.

            W tym momencie zamarłem, trafiony niczym obuchem wróciłem momentalnie do tamtego momentu, a przynajmniej starałem się rozchwianym umysłem przywołać to wspomnienie w najdrobniejszym detalu. Moment poślizgnięcia, chwycenie przez stangreta i… to jak przez moment przebierałem nogami…w powietrzu. Jak mogło mi to wtedy umknąć? Czyżby moje zmysły traciły ostrość?

- Powiem ci przyjacielu jeszcze coś – tutaj Tesla wziął głębszy oddech – jeżeli zbierzesz to wszystko i połączysz w całość, to mamy do czynienia z niczym innym jak z wampirami.

W ty momencie jakby uderzył drugi piorun, tym razem mocniejszy i celniej, bo wprost we mnie. Widziałem, że Nikola mówił coś do mnie, jednak jego słowa gdzieś ginęły gdzieś jakby ich autor oddalał się coraz dalej i dalej. W ich miejsce pojawił się inny głos, spokojny i czysty. Nie potrafię go dziś opisać, bo teraz z perspektywy czasu wydaje się on równie odległy, jednak wtedy był niezwykle wyraźny. Jeżeli miałby zidentyfikować jego źródło, to gdzieś wewnątrz mojego umysłu powstawały kolejne słowa niezależnie ode mnie.

            Ten głos kazał mi wtedy wstać i podejść do miejsca, w którym otwiera się okno. Później dowiem się od Nikoli, że w ogóle nie reagowałem na jego głos, a chcąc mnie zatrzymać był co chwila przeze mnie odpychany, choć ja nic z tego nie pamiętam. Wtedy liczyło się dla mnie tylko jedno, otworzyć okno i zaprosić do środka postać, która tam na mnie czekała.

 

Z dziennika Nikola Tesli

17 września 1837

 

            Gdy już wyłożyłem mojemu przyjacielowi z czym mamy do czynienia, nawet jeśli nie byłem tego osądu do końca pewien, to z dużą dozą prawdopodobieństwa. Zauważyłem niezwykłą zmianę w zachowaniu mojego przyjaciela. Skupiony i uważny wzrok, a jednocześnie nerwowe ruchy, które co jakiś czas zdradzały oznaki silnego napięcia, to wszystko gdzieś nagle zniknęło. Pomijając już fakt, że nie reagował na moje zawołania ani słowa, mruczał coś pod nosem. Z początku nie rozumiałem, o co mu chodzi, dopiero gdy wstał, słowa przezeń wypowiadane były coraz wyraźniejsze „otworzyć okno, otworzyć okno…”. Wstałem zaraz za nim i myśląc, że Egon potrzebuje świeżego powietrza, sam podszedłem do okna z zamiarem jego otworzenia, jednak w jednej chwili zamarłem, gdy tylko zbliżyłem się do szyby. Mimo panującego na zewnątrz mroku i blasku świeć, który odbijał się w szkle, nie dało się nie zauważyć postaci, która znajdowała się po drugiej stronie.

            Serce zabiło mi mocniej, a jednocześnie poczułem jak mój przyjaciel próbuje się przepchnąć, żeby otworzyć okno. W jednej chwili pochwyciłem go i ze wszystkich sił starałem się go odciągnąć. Nie było to łatwe, gdyż ten, jak w transie stawiał zaciekły opór i parł do przodu, dlatego też musiałem wytężyć wszystkie siły aby odciągnąć go na bezpieczną odległość. Właśnie w tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, co miało miejsce. Moja szarpanina z Egonem, to nie była tylko próba odwleczenie przyjaciela od danej czynności, którą wykonywał bezwiednie. To była walka o nasze życie, nasze dusze.

            Czytelnik, który wertuje stronice tego dziennika, już na pewno domyślił się, że postacią za oknem nie był nikt inni jak Lady Florica we własnej osobie. Jej białe oblicze i puste oczy wpatrywały się w nas i obserwowała naszą szamotaninę. Teraz już byłem całkowicie pewny, że Kisch był w jej mocy i że siły, z którymi mamy do czynienia, pochodzą od samego diabła, który wypuścił to plugastwo spod ziemi. Ta właśnie splugawiona dusza, usiłowała wpłynąć teraz na mojego przyjaciela i wymóc zaproszenie – czym jest owo zaproszenie, napiszę później, ponieważ, wspominając to zdarzenie, nie jestem w stanie powstrzymać drżenia rąk, a chcę, aby czytelnik miał jasność tego, co zaszło owej nocy.

            Szamotanina, a właściwie moje próby powstrzymania przyjaciela przed wpuszczeniem wampira do środka trwała prawdopodobnie dobre kilka minut. Sam nie wiem, gdyż każda sekunda zdawała się trwać wieczność i jedynie z czego mogłem to wnioskować, to z powoli opuszczających mnie sił. Egon jednak nie dawał za wygraną i nacierał dalej, odepchnięty na parę metrów, znów niebezpiecznie zbliżył się do okna. W trakcie tej szamotaniny potknąłem się o dywan, który nieco się pozwijał w trakcie tej szarpaniny i runąłem obok łóżka mojego przyjaciela. Kilka centymetrów dalej i najprawdopodobniej te zapiski już by nie powstały. Gdybym trafił głową w drewnianą ramę mebla, zapadłbym w wieczny sen.

            Na nasze szczęście pociągnąłem za sobą Kisch, który również runął na podłogę metr ode mnie, jednak szybkim ruchem poderwał się z niej i doskoczył do okna. Miałem jednak wystarczająco dużo czasu, aby zareagować i wykorzystać ostatnią deskę ratunku. Dźwigając się z kamiennej posadzki, porwałem z łóżka swój wynalazek i w momencie gdy Kisch chwycił za klamki okna, dopadłem do niego, przyłożyłem pudło do szyby i przekręciłem korbką. Szklana kula, która znajdowała się na wierzchniej części, która zawierała zwęglone włókna drewna bambusowego, rozjarzyła się silnym blaskiem, które oblało żółtawym światłem całe pomieszczenie.

            W tej chwili potężny skowyt, którego źródłem był nasz nieproszony gość, dopadł moich uszu, powodując niewyobrażalny wprost ból. Opadłem na jedno kolano, jednak nie przestając kręcić korbą, pomimo przeszywającego impulsu, który świdrował mi głowę zacząłem się modlić.

Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

            Jeszcze jeden wrzask, po którym nastąpił przejmujący świst i wszystko jakby nagle zamarło. Komnatę Kischa znów wypełniła cisza, a sam Egon upadł na podłogę, chwytając się dłońmi za głowę.