Słońce już dawno schowało swą jasną tarczę za horyzontem i
samotnego wędrowca, który powoli zmierzał do Mediolanu, otoczyła ciemność.
Mimo, że ostatnie dwa dni spędził w siodle, sprawiał wrażenie, że trudy podróży
ani trochę nie odcisnęły na nim swojego piętna. Wierzchowiec prychał co jakiś
czas, dając do zrozumienia swojemu właścicielowi, jak bardzo żmudna monotonna
jest ta droga. Powoli zbliżali się do wyjścia z lasu, znajdującego się na
południe od celu ich podróży, toteż wędrowiec postanowił lekko popędzić konia,
którego światła miasta migoczące w oddali napawały optymizmem i nadzieją na
rychły odpoczynek.
Rumak
przyspieszył nieznacznie, jednak po chwili stanął dęba, rżąc przeraźliwie, omal
nie zrzucając ze swojego grzbietu wędrowca. Mężczyzna przywarł do zwierzęcia
całym ciałem i z całych sił starał się uspokoić zwierzę. Gdy rumak zaczął się
uspokajać, wędrowiec spojrzał przed siebie i natychmiast zrozumiał, co było
powodem takiej reakcji zwierzęcia.
- Ciepła noc
wędrowcze – ciemna postać, która wyłoniła się niczym zjawa, przemówiła ostrym,
lekko zachrypniętym głosem. Odziany w ciemny płaszcz z połyskującym ostrzem w
prawej ręce i naciągniętym kapturem na oczy zagradzał dalszą drogę.
- Ciepła i
niebezpieczna – odezwał się drugi głos, zza pleców wędrowca.
Mężczyzna na
koniu nawet nie drgnął. Siedział spokojnie w siodle, jakby był gotowy na to co
się za chwilę ma wydarzyć.
- Spokojnie –
odezwał się trzeci, gruby głos. Potężna sylwetka wyłoniła się zza jednego drzew
i spokojnym krokiem zbliżała do mężczyzny w siodle – chyba nie chcemy, by komuś
stała się krzywda.
- Złaź z konia! -
odezwał się mężczyzna w płaszczu, który w dalszym ciągu zagradzał wędrowcy
drogę, ścisnąwszy mocniej trzonek swojego noża.
- On nie żartuje
– wędrowca usłyszał, jak kroki z tyłu stają się coraz wyraźniejsze – jest dość
nerwowy, więc w twoim interesie jest dobrowolnie pokazać nam, co tam masz.
Mężczyzna długi
czas milczał. Zdawać by się mogło, że na konie nie siedzi człowiek a posąg.
Wierzchowiec mimo swojej gwałtownej reakcji w pierwszym momencie, teraz także
stanowił ostoję spokoju i opanowania.
- Do diabła! Nie
słyszałeś?! Z konia i pokazuj co tam masz… - głos bandyty w pelerynie, zmienił
się nagle w charczący bulgot. Bandyta upuścił ostrze i przyłożył ręce do szyi,
z której sterczał drewniany bełt kuszy. Po palcach spływał obfity strumień
krwi, wraz z którym z ciała mężczyzny powoli uciekało życie.
- Santiago! -
Wrzasnął barczysty mężczyzna. Nie zdążył jednak zrobić kroku, gdy padł niczym
rażony piorunem obok swojego towarzysza z takim samym bełtem w skroni.
- Co do diabła!?
- wrzasnął trzeci zbir. Nie zdążył jednak nic zrobić, gdyż w tym momencie dwa
kolejne bełty wbiły się w jego głowę, ciskając nim o ziemię.
Po chwili
wędrowiec ruszył w dalszą drogę, pozostawiając za sobą trzy martwe, wciąż
ciepłe ciała bandytów.
* * *
Tej nocy również
długo nie mógł zasnąć. Długa podróż z okolic Nantes w Andegawenii we Francji do
Mediolanu, zmęczyła go niezmiernie, a mimo to organizm bronił się przed snem
niczym przed chorobą.
Wyjrzał przez
okno, za którym gwiazdy i księżyc dalej zdobiłby czarne niebo. Z poddasza
plebani, w której przebywał, widział strzeliste wieżyczki Katedry
Mediolańskiej. Miejsce kultu stające się powoli, także atrakcją dla licznie przybywających
do miasta z kraju i zagranicy, mieniła się blaskiem pochodni zaczepionych na
jej zimnych murach.
Miasto znał
bardzo dobrze, właściwie całe Włochy nie miały dla niego tajemnic, a mimo to
ciągle czuł się tutaj niczym obcy. Czuł, że nawet jeśli spędziłyby tutaj drugie
tyle czasu i tak nie będzie u siebie. Tęsknota za krajem, którego już nie ma,
była niezwykle silna. On i wszyscy jego rodacy, którzy tułali się teraz po
całej Europie, żył nadzieję, że kiedyś powróci w swoje rodzinne strony.
Ile to właściwie
czasu minęło odkąd ostatni raz jego nogi wędrowały po bruku ulicy Piotrkowskiej
w Łodzi? Ile czasu minęło odkąd z karabinem w ręku, wraz ze swoimi towarzyszami
zdobywał Arsenał Królewski w Warszawie. Sześć długich lat upłynęło od momentu,
gdy w październiku 1831 roku upadło powstanie, a wraz z nim nadzieja na
odzyskanie prawie czterdzieści lat temu utraconej niepodległości.
Niepodległości, której nawet nie pamiętał. Nie miał prawa pamiętać, gdyż
urodził się gdy jego kraj był już pod rządami trzech zaborców, którzy niczym
sępy rozdarli jego ojczyznę. Jak przez mgłę pamiętał wielki entuzjazm i
nadzieje, gdy w roku pańskim 1807, w wyniku zwycięskiego pochodu wojsk
napoleońskich, powstało Księstwo Warszawskie na fundamentach, którego miało na
nowo powstać Państwo Polskie. Nie minęło jednak dziesięć lat, a marzenia te
upadły wraz z klęską Napoleona podczas wojny z Rosją.
Jak wielki ból w
sercach ludzi wówczas zagościł, miał okazję przekonać się ponad piętnaście lat
później, gdy powstanie listopadowe, którego symbolem były słowa malowane na
sztandarach „Za naszą i waszą wolność”, stłumione przez wroga upadło.
Odwrócił się na
prawy bok, jednak nie długo był w tej pozycji i po chwili znów leżał na
plecach. Jego niebieskie oczy spoglądały w sufit. Człowiek nie zapomina kim
był, a przynajmniej nie tak łatwo. On, nawet gdyby chciał zapomnieć, nie
mógłby. Wojna odcisnęła na nim trwały ślad, nie tylko w psychice, ale i na
ciele.
Uniósł do góry
lewą rękę. Z barku wychodziło szczupłe choć silne ramię, które przechodziło
dalej do łokcia. Idąc dalej kilka centymetrów, biologiczna struktura kończyła
się, a zaczynała sztuczna. Stal połączona z drewnem stanowiły przedłużenie jego
ręki. Przedramię dopasowane do kikuta ręki, przymocowane było do kości grubymi
śrubami, na końcu którego zamiast dłoni znajdowała się przypominająca
zdeformowaną kulę końcówka z dwoma okrągłymi otworami. Były one tak
umieszczone, że gdy podnosił „rękę” na wprost, ów otwory znajdowały się pod
dolną częścią kuli. Pomiędzy nimi znajdował się trzeci, podłużny, usytuowany.
prostopadle do ziemi. Był to otwór z którego wysuwało się
dwudziestocentymetrowe ostrze, wypychane przez sprężynę, które na co dzień,
schowane było w konstrukcji przedramienia. Z kolei dwa okrągłe otwory,
stanowiły wyloty, przez które miotał strzałami, niczym z kuszy. Niewielkie
tuneliki szły wzdłuż przedramienia aż do jego połowy, gdzie znajdowało się
specjalne mocowanie w kształcie prostokąta o wymiarach trzy na dwadzieścia
centymetrów. Służyło ono do montowania specjalnie skonstruowanego magazynku na
bełty. Z boku znajdował się uchwyt na korbę. Gdy zarówno magazynek jak
dźwignia, zostały zamontowane, pozostawało jedynie wymierzyć w cel i kręcąc
dźwignią, uruchamiało się mechanizm, którego sprężyny się napinał, po czym
szybko zwalniały, ciskając bełtami niczym z kuszy. Co prawda zasięg nie był tak
duży, jednak precyzja i szybkość z jaką ramie miotało pociskami, rekompensowała
te straty. A i odległość trzydziestu metrów wystarczała, aby posłać przeciwnika
na tamten świat.
Gdy po upadku
powstania zmuszony był uciekać z kraju, wraz z licznymi towarzyszami broni udał
się do Włocha właśnie. Na ziemie, gdzie jeszcze przed wojną napoleońską,
tworzone były Legiony Wojska Polskiego. Już wtedy miał tylko prawą rękę. W lewą
został postrzelony podczas jednej z bitew z wojskami rosyjskimi pod Warszawą.
Gangrena zbierała wówczas swoje żniwo. Chcąc ratować życie powstańca, lekarz
zdecydował się na drastyczny i odważny, biorąc pod uwagę warunki sanitarne,
krok i amputował rękę, z której i tak byłby już niewielki pożytek. Kula, która
go raniła, trafiła idealnie w nadgarstek, niszcząc go praktycznie całkowicie.
Dłoń wisiała wówczas na samych włóknach. Resztę dopełniła choroba.
Gdy po kilku
miesiącach ciężkiej tułaczki, dotarł wreszcie do Mediolanu, miejsca gdzie
formowały się niewielkie oddziały Wojska Polskiego, postanowił od razu zgłosić
się na ochotnika. Niestety z powodu rany wojennej został oddelegowany.
Załamany i
bezradny tułał się po ulicach Mediolanu, szukając z początku jakiejkolwiek
pracy, jednak i na tym polu ponosił porażkę. Każdy, widząc jednorękiego, z góry
zakładał, że taki pracownik nie będzie wydajny, a i biadolić będzie na swój
marny los i tylko psuć wizerunek pracodawcy.
Pasmo
niepowodzeń, które mu towarzyszyło przez długi czas, sprawiło, że przestał się
starać. Snuł się niczym cień, prosząc o jałmużnę mijające go osoby. I tak przez
kolejne kilka miesięcy, podczas, których każdy dzień był walką o przetrwanie.
Pewnego razu,
podczas jednej ze swoich wędrówek po mieście, zapuścił się do samego centrum.
Wrażenie jakie wówczas wywarła na nim Katedra, sprawiła że na moment zapomniał
o swoim kalectwie, o podłym losie, nawet o tym, że przez dwa dni nie miał w
ustach nic do jedzenia.
Wiedziony
tajemniczą siłą ruszył przed siebie, mijając coraz większe grupki ludzi. Nie
przejmował się ich uszczypliwymi komentarzami, które posyłali w kierunku jego
osoby. Zastanawiał się wówczas, jak to możliwe, że mimo długiego czasu
spędzonego w tym mieście, nie zawitał tutaj.
Stanął przed
wejściem do katedry i zadarł głowę do góry. Omal nie dostał zawrotu głowy.
Katedra wydawała mu się tego dnia niezwykle ogromna. Kiedy po raz ostatni
widział, coś tak pięknego? Zamek Królewski w Warszawie, chyba wtedy, ale kiedy
to było?
Witold wstał i
podszedł do okna. Uchyliwszy okiennice, poczuł jak chłodne powietrze, wdziera
się do jego pokoju, chłodząc jego gorące czoło. Przejechał zdrową ręką po blond
czuprynie i odwróciwszy się do okna plecami, ruszył w kierunku drzwi. Po chwili
znalazł się na korytarzu. Cała plebania była pogrążona we śnie, toteż nie chcąc
nikogo budzić, starał się poruszać jak najciszej w kierunku kuchni. Pragnienie,
które go teraz dopadło, sprawiło, że jedynie o czym myślał, to kilka łyków
zimnej wody.
W korytarzu
panowały prawdziwie egipskie ciemności, jednak Witia – tak nazywali go księża,
u których przebywał – znał każdy centymetr kwadratowy tego budynku, toteż mógł
się tutaj poruszać nawet z zamkniętymi oczami.
Pokonawszy
schody, udał się do kuchni, która znajdowała się bezpośrednio pod jego pokojem.
Na miejscu zorientował się, że nie jest jedynym, który tej nocy nie zaznał
spokojnego snu.
Przy stole, na
którym paliła się duża biała świeca, siedział Ojciec Dario. Kilka lat temu, gdy
Witia zawitał do bram Katedry Mediolańskiej, to właśnie ten siwiejący już,
będący w podeszłym wieku ksiądz, przyjął go na plebanię. On także udzielał mu
nauk kapłańskich, święceń, a także przekazał mu całą swoją wiedze o wampirach i
o metodach jak z nimi walczyć.
Starszy mężczyzna
siedział nad stołem, wyraźnie nad czymś dumając i nie zauważył, jak jego
protegowany wchodzi właśnie do kuchni.
- Witaj Ojcze
Dario – głos Witka wyrwał starca z zadumy. Mężczyzna popatrzył na swojego
ucznia i niewielki uśmiech zawitał na jego pooranym zmarszczkami licu.
- Witaj Witia. Nie
możesz spać?
- Tak jakby –
odparł cicho mężczyzna i usadowił się na krześle niedaleko starca.
- Pewnie jesteś
spragniony – mówiąc ta wstał i podszedł do garna, w którym znajdowała się woda.
Witia miał zareagować, jednak starzec zatrzymał go gestem ręki i ten znów
usiadł na swoje miejsce.
- Pij chłopcze na
zdrowie – odparł starzec, wręczając protegowanemu kubek z wodą.
- Dziękuję ojcze.
Ojciec także nie może spać?
- Troski nie
opuszczają starego człowieka.
- Czy coś się
stało?
- Za kilka dni
spodziewam się wizyty mojego przyjaciela. Jest kapitanem Arma dei Carabinieri
(włoskie oddziały karabinierów). Nazywa się Sergio Corbuci.
- Co w tym
takiego niepokojącego?
- Może
przesadzam, ale w liście, który do mnie napisał, wspominał że coś go niepokoi i
chce ze mną o tym porozmawiać. Nie napisał co to było. Znam Sergio i wiem, że
musi mieć poważny powód, jeśli chce mi to powiedzieć osobiście.
Witia nic nie
odparł, tylko upił pół zawartości swojego kubka. Odstawił naczynie na stół.
Woda, która nim była, zabulgotała i parę kropel chlusnęło na blat stołu.
- Od razu lepiej.
- Znowu myślałeś
o kraju? – starzec dopiero teraz podniósł wzrok. Jego brązowe, bystre oczy
uważnie przyglądały się rozmówcy. Witia miał wrażenie, że tego człowieka nie da
się okłamać.
- Tak ojcze.
- Co dzień modlę
się o to, aby wojna się skończyła i byś mógł wrócić do domu. Mogę się domyślać
tylko, jakie to ciężkie dla ciebie.
- Tutaj także
jest mój dom.
- Twój dom jest
tam – głos starca była teraz stanowczy – wiem, że kiedyś wrócisz i gdy ten
dzień nastąpi Bogu będą składał dziękczynienie. Nikt nie powinien być tak
daleko od miejsca swoich narodzin… nikt.
Witia miał coś
odpowiedzieć, gdy nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi plebani.
- Kogóż to
aniołowie niosą o tej porze? – ojciec Dario wydawał się być niemniej zaskoczony
co Witia.
Obaj mężczyźni
wstali i udali się do drzwi. Pukanie znów się rozległo. Tym razem silniejsze.
Zdawać by się mogło, że kogoś naszło silne poczucie winy i poczuł potrzebę
nagłej spowiedzi.
Witia wyprzedził
ojca Dario i przekręciwszy klucz w zamku, otworzył drzwi na oścież. W tym
momencie do budynku wpadł młody chłopak, który natychmiast opadł na kolana. Na
oko nie miał jeszcze dwudziestu lat. Ciężko dysząc, starał się wykrztusić z
siebie jakieś słowa, która jednak przeradzały się w niezrozumiały bełkot. Witia
przyjrzał mu się uważnie. Ubranie jego było mocno przybrudzone. Wydaje się, że
był w podróży przynajmniej dwa tygodnie, a po zmęczeniu można było odnieść
wrażenie, że sam diabeł go gonił.
Ojciec Dario
podszedł bliżej i ukląkł przy chłopaku, który powoli uspokajał oddech.
- Spokojnie synu,
wszystko będzie dobrze, jak się nazywasz?
Chłopak z trudem
podniósł głowę. Widząc Witię lekko się zaniepokoił, jednak łagodne spojrzenie
Dario, nalało nieco spokoju w jego serce.
- L… Lugi…
- Skąd przybywasz
Luigi?
- Z Lecco.
Ojciec Darion nie
zdążył już spytać o nic więcej, gdyż wypowiadając ostatnie słowo, chłopak
osunął się na podłogę i stracił przytomność.
* * *
Luigi odzyskał
przytomność następnego dnia pod wieczór. Na szczęście dla niego utrata
przytomności była objawem wycieńczenia organizmu. Teraz, gdy jego zdrowiu już
nic zagrażało, wracał do sił.
Witia odstąpił mu
swój pokój, a sam przeniósł się do pokoju dziennego, gdzie rozłożywszy się na
wygodnej kanapie, udało mu się w końcu zasnąć tej nocy. Teraz siedział obok
chorego, który powoli budził się ze snu.
- Jak się czujesz
– spytał spokojnym głosem.
Lugi nie
odpowiedział od razu. W pierwszej chwili nie wiedział gdzie się znajduje i
dopiero po kilku minutach, przypomniał sobie, że z resztkami świadomości dotarł
do plebanii.
- Do… dobrze…
dziękuję… czy…
- Nie mów za
dużo. Jesteś zmęczony, powinieneś wypoczywać.
- Nie mogę…
czekać – Luigi usiłował wstać.
- Nie masz
zbytnio wyjścia. Leż.
- Muszę porozmawiać
z ojcem Dario. Musi nam pomóc.
- Ojciec Dario
jest na wieczornej mszy, za pół godziny powinien wrócić.
- Moje
miasteczko… w ogromny niebezpieczeństwie…
- Co się stało –
Witię wyraźnie zainteresował niepokój, który wyczuł w głowie Luigiego.
- Wampiry…
wampiry…
Po tych słowach,
chłopak znów stracił przytomność.
* * *
- Jesteś pewien
Witia?
Ojciec Dario, gdy
tylko Witold opowiedział mu przebieg, jego krótkiej rozmowy z Luigim, poczuł
wyraźny niepokój. Jego twarz jakby postarzała się o kilka lat.
- To straszne… to
straszne… Witia… Trzeba natychmiast wyruszyć.
- Sądziłem, że
wampiry zamieszkują raczej odludne miejsca, że technika, którą stworzył
człowiek, je odstrasza.
- To nie do końca
tak. Wampiry nie boją się techniki. To człowiek wraz ze swoją ekspansją, wybił
ich znaczą część. Jednak masz rację, to że osiedliły się w Lecco, to trochę
dziwne. Skąd się tam wzięły?
- Cóż… jeśli
sprawa tego wymaga, będę szykował się do wyjazdu.
Ojciec Dario
westchnął ciężko. Zdawało się, że wiadomość o synach diabła postarzała go o
dobre kilka lat. Zmarszczki na jego czole pogłębiły się, a oczy przybrało
smutny wyraz.
- Wolałbym, aby
ten młodzieniec się mylił, obowiązek jednak nakazuje to sprawdzić. Każę
przygotować twojego konia i…
- To nie jest
potrzebne ojcze – odparł spokojnie Witia – chcę sam wszystko przygotować.
- Dobrze, niech
zatem i tak będzie. Kiedy wyruszasz.
- Choćby i za
godzinę.
- Tak… dobrze…
będę się modlił za Ciebie… synu – ojciec Dario z trudem łapał oddech. Miał
wrażenie, że jego płuca w jednym momencie zaczęło wypełniać nie powietrze a
ołów, który uciskał go od środka.
Witold nic nie
odparł tylko powolnym krokiem opuścił pomieszczenie i udał się do swojego
pokoju, gdzie znajdował się cały jego ekwipunek, który zawsze zabierał ze sobą
na każdą wyprawę.
Bełty, części do kuszy, prowiant, woda święcona,
krucyfiks. Wszystko to lądowało w osobnych workach, które potem zostały włożone
do jednego większego. Gdy cały tobołek, był już przywiązany do uchwytów na
siodle, Witia dosiadł konia i ruszył drogą na północ zostawiając za sobą
Mediolan i zatopionego w modlitwie ojca Dario.
Na wstępie napisze, iż będę wstawiał komentarze co dwa lub trzy rozdziały.
OdpowiedzUsuńCo do samego opowiadania. Jest ono ciekawe i interesujące.
Niesamowicie opisujesz wygląd danego miejsca, postaci oraz przedmiotu dzięki czemu nie mam problemów z wyobrażeniem sobie jak coś wygląda(Swoją drogą jak ja próbuję coś opisać wychodzi mi z jakiegoś powodu masło maślane :D).
Opowiadanie jest bardzo ciekawe, czytając każdy rozdział nie odrywam wzroku od monitora dopóki nie skończę, co zdarza mi się bardzo rzadko i tylko przy naprawdę wciągających opowiadaniach.
jeśli chodzi o błędy, to żadnych nie zauważyłem. Jedynie, mimo że nie jest to błąd, ostatni akapit jest napisany większą czcionką niż powinien.
Na koniec dodam, iż wyczekuje kolejnego rozdziału.
Dobrze, zatęskniłem za opowiadaniem, mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec ! :D
OdpowiedzUsuńPrzemysławie, działasz coś jeszcze w tym internecie ? Brakuje twoich opowiadań, może czas na powrót ? :D
OdpowiedzUsuń