środa, 8 czerwca 2016

ROZDZIAŁ IV

Z dziennika Egona Erwina Kischa
25 sierpnia 1837

25 sierpnia 1837, właśnie jestem w trakcie podróży do Tulcei. Wraz z moim serdecznym przyjacielem pochodzącym z Serbii Nikola Teslą, zostaliśmy poproszeni o pośrednictwo w sprzedaży Zamku Rycerskiego Korzkwi, znajdującego się na dawnych terenach Królestwa Polskiego, a obecnie należącego do carskiej Rosji, która w ostatnim czasie znacząco powiększyła swoje wpływy w tej części Europy.
            Zakupem wspomnianej włości zainteresowana jest pewna szlachecka rodzina pochodząca i mieszkająca w Rumunii, której nazwisko rodowe – Serban – jest właściwie głównym, o ile nie jedynym powodem, dla którego zgłosiłem się na tą długą wyprawę. Nie byłoby to możliwe z racji na moje czeskie pochodzenie, gdyby nie fakt, że w jednym ze swoich artykułów poświęconych Częstochowie, w zupełnie nie zamierzony sposób zrobiłem reklamę biura zajmującego się pośrednictwem sprzedaży posiadłości i ziem w imieniu caratu. Jak stwierdził zajawiedujuszij biura Fiodor Sołogub „Panie Kisch, dzięki panu jesteśmy znani w całej republice (chodzi oczywiście o niedawno upadłe Księstwo Warszawskie), jestem pana dozgonnym dłużnikiem, balszoj spasiba”.
Nie trzeba oczywiście wspominać, że dostałem propozycję współpracy. Szczerze mówiąc nie byłem nią zainteresowany i przy pierwszej rozmowie, na temat wyprawy do Tulcei, odrzekłem, że pracuję nad ważnym artykułem o obecnej sytuacji mniejszości polskiej, co nawiasem mówiąc nie było do końca prawdą. Owszem pisałem artykuł, ale nie o mniejszości polskiej, gdyż ciężko mówić o jakiejkolwiek mniejszości, gdy dany teren zamieszkuje 80% jej rdzennych mieszkańców. Propaganda jednak nakazywała robić swoje i traktować Polaków, jako „gości” na ich własnych ziemiach. Tak więc, jak wspomniałem nie był to artykuł o mniejszości, a także ich sytuacji społecznej. Był to szkic historyczny, w którym starałem się opisać życie prostych mieszkańców po upadku Księstwa. Prawdy nie powiedziałem oczywiście panu Sołogubowi z tego względu, że jako przedstawiciel narodu rosyjskiego mógł się poczuć dotknięty faktem, że swoją energię „marnuję” na takie błahe – w jego zapewne mniemaniu - sprawy. W końcu nie wiadomo kiedy znajomość z nim, może mi się jeszcze przydać.
Jak już wspomniałem, nie byłem z początku zainteresowany wyprawą do Rumunii, gdyby nie moja wrodzona ciekawość, która zaraz po rozmowie z Fiodorem nakazała mi, udać się do pobliskiej biblioteki, gdzie pobieżnie przestudiowałem historię tej ziemi. Zaciekawienie moje wzięło się z pytania, po co ktoś miałby się zainteresować zamkiem oddalonym od miejsca swojego zamieszkania ponad 1000 kilometrów. Niewątpliwie musiał to być, ktoś wyjątkowo ekscentryczny, znudzony życiem, bądź jedno i drugie. Nie codziennie trafia się ktoś, kto jest gotów przejechać 1/3 Europy tylko po to, aby jeden pałac zamienić na drugi. Każdy szanujący się reporter, podobnie jak i ja, doszedłby do wniosku, że sprawa jest godna uwagi.
Długi czas studiowałem opasłe tomy historyczne i mojej uwagi nie przykuło nic szczególnego, co czyniłoby rodzinę Serban wyjątkową, do czasu, gdy trafiłem na stare wycinki z tamtejszych gazet, które – nie wiedzieć jaki cudem – znalazły się w bibliotece. Jako, że nie władam jeżykiem rumuńskim, poprosiłem mojego przyjaciele Teslę o przetłumaczenie wspomnianych wycinków. Historia w nich zawarta, natychmiast przykuła moją uwagę i rozpaliła ciekawość. Opis dnia narodzin księżnej Florici, późniejszej władczyni, strzępki informacji o kolejnych reformach prawa karnego i w końcu najciekawsze, tajemnicze zniknięcie na jakiś czas wszystkich mieszkańców pałacu i ich powtórne pojawienie się kilka dni później. Nie było bynajmniej dziwne to, że cała rodzina wraz z służbą opuszczała pałac i wędrowała po kraju. Jednak, jak pisał autor jednego z tekstów, wszyscy mieszkańcy zamku opuścili go nagle, jakby w jednej chwili zapadli się pod ziemię, by po kilku latach władczyni wróciła na swoje ziemie w towarzystwie… może niech poniższa notatka będzie świadectwem tego dziwnego zjawiska.
„…tego wieczoru, gdy część mieszkańców zbierała się w gospodach po całym dniu pracy, racząc się miejscowymi trunkami i jadłem, schowawszy pióro do torby, usiadłem w kącie gospody i sączyłem swój napój. W tym momencie do karczmy wpadł zdyszany mężczyzna. Z początku nie zwracałem na niego uwagi, gdyż wielu takich przewija się tutaj co wieczór.
            - Księżna Florica! Książna Florica wróciła!
            Te słowa sprawiły, że wyplułem cały napój, który miałem właśnie w ustach. Oniemiały, z resztą jak wszyscy w karczmie, popatrzyliśmy na mężczyznę, który ciągle nie mógł złapać oddechu.
            Przepchnąwszy się przez tłum ludzi, dopadłem do wieszcza tej nowiny. W tym czasie, jeden z mężczyzn, także podszedł do zdyszanego człowieka i począł nim trząść oraz na przemian wypytywać co się stało, to oskarżać o wygadywanie bredni. Nim przybysz doszedł do siebie, minęła dłuższa chwila. Wciąż jeszcze drżącym głosem opowiedział jak to zmierzał w kierunku gospody, w której się znajdowaliśmy gdy nagle uwagę jego przykuł widok trójki wędrowców podróżujących konno ulicami miasta. To na co mężczyzna zwrócił uwagę, to ubiór przybyszy. Wszystkie trzy postacie odziane były w czarne długie płaszcze, na głowy miały zarzucone kaptury, które całkowicie skrywały ich głowy i twarze.
            Jak wspomina mężczyzna, miał już iść dalej, gdy nagle powiał mocniejszy wiatr, który zsunął kaptur z jednej z głów…”
            Nie trzeba domyślać się co było dalej. Mężczyzna rozpoznał prawowitą władczyni i w te pędy pognał do gospody, ogłosić wszystkim nowinę. W notatce nie ma nic wspomnianego o tym, czy zebrani uwierzyli mężczyźnie czy nie. Nawet jeśli w tłumie znaleźli się sceptycy, którzy nie brali na poważnie zasłyszanych słów, ich wątpliwości zostały rozwiane tej samej nocy, gdy to z zamku dochodziły niesamowicie głośne wrzaski, brzmiące jak śmiech, które według relacji zbudziły mieszkańców miasteczka. Od tego czasu także władczyni sporadycznie pojawiała się w mieście, sama bądź w towarzystwie stangreta, jednak zawsze tylko po zachodzie słońca. Nie udzielała się już jednak w życiu miasta. W ogóle sprawiała wrażenie, jakby nie interesowały ją sprawy Tulcei, nawet te najważniejsze. Jej wizyty natomiast ograniczały się jedynie do spokojnych przejazdów konno wzdłuż ulic.
            Zrozumiałe zatem jest, że obok czegoś takiego nie można przejść obojętne, toteż następnego dnia udałem się do biura Fiodora, gdzie oznajmiłem, że przystaję na jego propozycję. Sołogub był niezwykle rad z mojej decyzji, a szybkość z jaką dopełnił wszelkich formalności w związku z moim wyjazdem, potwierdziły moje przypuszczenia, że temu doświadczonemu handlarzowi nieruchomościami zależy na tej transakcji jak na niczym innym. Nie robił także, żadnych przeszkód gdy oznajmiłem, że chcę zabrać swojego przyjaciela w charakterze tłumacza.
            Tak oto siedzę teraz w pociągu relacji Wiedeń – Budapeszt skąd mamy przesiadkę do pociągu jadącego do Bukaresztu, a następnie tamtejszym transportem udamy się wprost do Tulcei.

* * *

            Z dziennika Egona Erwina Kischa
26 sierpnia 1837

            Jeśli wierzyć konduktorowi, to już jutro powinniśmy być w Bukareszcie. Nie mogę się doczekać, kiedy moja stopa dotknie dworcowego chodnika. Nie umniejszając oczywiście nic linii kolejowej, z których usług korzystamy, moje plecy po prawie całym dniu siedzenia zaczynają się powoli buntować przeciwko takiemu stanu rzeczy. Nie pomagają nawet spacery między wagonami, ani wygodne prycze w wagonie sypialnym, który oczywiście jest do naszej dyspozycji. W tym aspekcie podziwiam mojego przyjaciela, któremu warunki bytowania zdają się w ogóle nie przeszkadzać. Być może praca naukowa, której ostatnimi czasy oddał się bezwiednie, sprawiała, że świat zewnętrzny nie miał prawie w ogóle dostępu do jego umysłu.
            - To byłoby wspaniałe! – Tesla wydawał się niezwykle ożywiony. Podniosłem wzrok znad gazety i spostrzegłem, że aktualnie był zatopiony w swoim dzienniku, który prowadził bardzo skrzętnie – jeszcze jakieś dziesięć może dwadzieścia lat i świat tak pójdzie do przodu, jak nigdy. To będzie prawdziwa rewolucja przemysłowa! Para, którą się teraz tak wszyscy zachwycają, pójdzie w odstawkę.
            - Drogi Nikola – odparłem spokojnie – nie jestem co prawda człowiekiem uczonym i obytym w naukach ścisłych, a już na pewno nie w zaawansowanej fizyce, ale z tego co mi wiadomo ta twoja, jak ją nazywasz elektryczność, nie może się równać z siłą jaką daje węgiel i para wodna, które są w stanie poruszać tak wielkie maszyny jakim jest choćby ten pociąg.
            Nikola Tesla od kilku lat jest zafascynowany wszelkimi sprawami związanymi z wyładowaniami elektrycznymi. Nie znam bliżej powodów, dla których temat ten tak bardzo go zafascynował, niemniej nie przejawia żadnych cech charakterystycznych dla ludzi z słomianym zapałem. Przeciwnie. Jest nie tylko w pełni oddany sprawie, ale przejawia ogromną wiarę i nadzieję związaną właśnie z elektrycznością.
            - Ależ Egonie – odparł ożywiony Tesla – zapewniam cię, że ta elektryczność, którą tak teraz gardzisz, nie tylko zrówna się, ale jestem nawet przekonany, że prześcignie w swojej mocy energię opartą na parze.
            - Wierzyć mi się nie chce. Pomijam już fakt, że na chwilę obecną mówimy tylko o sile hipotetycznej. Nie przeczę, że zjawisko elektryczności panuje w przyrodzie o czym świadczą na przykład błyskawice podczas burzy. Przyznasz sam, że ich moc jest potężna w porównaniu z tym co można uzyskać przez pocieranie kawałka metalu o wełnę. Nie wiem doprawdy, co musiałby zrobić człowiek, aby wytworzona przez niego energia, choć trochę zbliżyła się swoją mocą do siły pioruna.
            - I tu się mylisz mój przyjacielu – Tesla wyprostował się i chudym, długim palcem zakręcił kilka razu swój cienki wąs, po czym poklepał ręką swoją podróżna walizkę, która stała obok jego nóg – Już niedługo mam nadzieję, światło dzienne ujrzy mój projekt. Zostało kilka drobnych korekt do wprowadzenia. Mam nadzieję pokazać, że jeśli tak małe urządzenie będzie potrafiło dać światło na tyle mocne, aby oświetlić niewielkie pomieszczenie to powiększone dziesięciokrotnie…nie! Stukrotnie! Pozwoliłoby zasilić w energię elektryczną kilka domów!
            - Szaleństwo! – poczułem nieopisane zdziwienie i lekkie wzburzenie. Nie wiedziałem bowiem czy Tesla w tym momencie żartuje ze mnie i z mojej niewiedzy, czy naprawdę wierzy w to co mówi.
            - Szaleństwo powiadasz… - Tesla bynajmniej nie poczuł się urażony moimi słowami, przez chwile tkwił w zadumie. Niczym nauczyciel. Który myśli jak najlepiej średnio-pojętnemu uczniowi, wytłumaczyć trudne zagadnienie – Nie udowodnię ci tego teraz, z racji panujących warunków, więc proszę przyjmij to co mówię za prawdę. Zaręczam cię, że każde  z moich słów, które teraz wypowiem ma naukowe oparcie w obliczeniach. Jak sam już wspomniałeś, aby uzyskać efekt wyładowania elektrycznego, wystarczy pocierać bawełnę o metal, a później ów kawałek metalu przyłożyć do drugiego metalu. Trach! – Tesla pstryknął palcami – iskra przeskakuje.
            Nic nie odpowiadałem, pokiwałem tylko twierdząco głową.
            - Dobrze więc – kontynuował Tesla – teraz wyobraź sobie, że takie same wyładowywania można uzyskać poprzez pocieranie metalowych szczotek o aluminiowe segmenty ustawione w niewielkiej, powiedzmy kilkumilimetrowej odległości od siebie.
            - Słyszałem, to się chyba nazywa maszyna elektrostatyczna.
            - Dokładnie – Tesla wydał się niezwykle rozentuzjazmowany moją, nazwijmy to, wiedzą. Jeśli mój eksperyment się powiedzie, to będę niemal w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pewien, że w przyszłości, taka maszyna będzie w stanie zaopatrzyć w prąd cały dom.
            - Hmmm. Przyznam, że interesująca teoria. Dostrzegam jednak pewną lukę. Za pozwoleniem. Widziałem kiedyś na pokazach takie urządzenie i wiem, że aby ją uruchomić, ktoś musi stać obok i kręcić korbą. Mówisz, że odpowiednio duże urządzenie, będzie w stanie zasilić dom. Załóżmy, że to prawda, ale jak chcesz wprawić je w ruch? Potrzebujesz energii do wytworzenia… energii. Widzę tutaj problem nie do rozwiązania
            Myślałem, że zaszyłem mojego przyjaciela, gdyż dłuższy czas siedział w milczeniu. Twarz jego była jak ciosana z kamienia, żadnych uczuć, żadnych emocji.
            - Bynajmniej mój przyjacielu! – odparł w końcu Tesla, którego lico w jednej chwili przybrało radosny wyraz – uzyskać energię jest bardzo prosto!
            - W jaki to niby sposób?
            - Natura… natura przyjacielu!
            Chciałem coś powiedzieć, jednak Tesla dał znak ręką, że będzie kontynuował wypowiedź.
            - Woda, wiatr, para. Te wszystkie czynniki w przeszłości nieraz przysłużyły się ludzkości. Młyny, wiatraki, maszyny parowe. Cóż za problem, aby taką nazwijmy to fabrykę prądu na wzór młyna wodnego, postawić przy wodzie? Woda wprawi w ruch główne koło, które następnie poruszy kolejne koła, które będą wytwarzać prąd.
            Oniemiałem. Przyznam, że nie miałem argumentów i długi czas słuchałem wywodu Tesli na temat jego wizji. Tak oto dojechaliśmy do stacji w Budapeszczie, skąd czekała nas przesiadka w pociąg bezpośrednio do stolicy Rumunii.

* * *

Z dziennika Egona Erwina Kischa
5 Września 1837

Podróż zajęła nam nieco więcej czasu niż zakładaliśmy. Wojna odcisnęła swoje piętno w całej Europie, zwłaszcza tutaj, na wschodzie. Pociągi nie chodziły tak regularnie, jak chociażby w Niemczech czy Austrii. Zmuszeni byliśmy wynająć dwa, jednoosobowe pokoje hotelowe na 3 dni na Węgrzech. Po dotarciu do Rumunii, bez problemów już znaleźliśmy dyliżans, który wiózł nas do Tulcei. Warunki podróży niestety znacząco odstawały od tych panujących w pociągu, zwłaszcza że rumuńskie drogi odbiegają standardami od swoich zachodnich odpowiedników.
Do celu podróży dotarliśmy około godziny 9 wieczór. Tam byliśmy umówieni pod „Gospodą u Feldeposta”, gdzie miał czekać na nas stangret rodziny Serban, który miał nas zabrać bezpośrednio na zamek.
Opuszczając karetę, czułem jak wszystkie zastane od podróży kości grają pod wpływem nagłej zmiany pozycji. Wzięliśmy swoje bagaże, a ponieważ było jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy zakosztować jednego z tutejszych chmielowych trunków. Gospoda była duża i schludna. Nie była jedną z tych portowych spelun, które miałem okazje zwiedzić w swoim życiu. Bar znajdował się zaraz na wprost wejścia. Od razu skierowaliśmy do niego swoje kroki. Barman, wysoki mężczyzna, o ciemnych włosach, lekko po pięćdziesiątce podawał akurat piwo trzem mężczyznom, którzy następnie udali się do jednego ze stolików.
Mężczyzna podniósł na nas wzrok i przemówił spokojnym głosem.
- Panowie nietutejszy, jak rozumiem? – poczułem przyjemne zaskoczony angielszczyzną płynąco z ust tego człowieka, mimo że do ideału wiele jej brakowało.
- Tak, zgadza się – odparł Tesla – aż tak rzucamy się w oczy?
- Walizki – barman kiwnął głową w kierunku naszego skromnego dobytku – choć przyznam, że to niecodzienna pora na wizytę w naszym mieście.
- Mieliśmy małe problemy z dojazdem – odparłem szybko.
- Rozumie. Podać coś?
- Dwa tutejsze piwa, zdam się na pana osąd, które są dobre.
- Już podaję – Barman wyjął spod blatu dwa pokaźne kufle i podszedł z nimi do nalewaka. Po chwili wrócił już z pełnymi pucharami.
- Dziękuję bardzo. Jeszcze mam jedno pytanie. Gdzie znajduj się najbliższa poczta?
- Jeśli wyjdzie pan z gospody i skręci w prawo to dwie uliczki dalej, ale o tej porze będzie zamknięta. Chce pan wysłać depeszę?
- Tak, obiecałem mojemu pracodawcy, że dam znać jak tylko dotrę na miejsce.
- W takim razie może pan ją nadać tutaj. Kurier codziennie rano przychodzi i odbiera pisma klientów, którzy z różnych przyczyn nie udali się do urzędu.
- Jeśli nie sprawi to panu żadnego problemu, będę zobowiązany.
- Bardzo proszę, Rodica! – Z głębi sali podeszła do nas kobieta, ciemnowłosa, niższa od barmana o jakieś pół głowy, dość solidnej budowy – kochanie, panowie chcą nadać pismo, weź proszę pójdź na zaplecze po papier i coś do pisania.
Kobieta nic nie odparła, tylko obrzuciła nas obojętnym spojrzeniem, po czym udała się do drzwi w rogu lokalu, skąd zaraz potem wróciła niosąc dla nas przybory oraz kopertę.
- Dziękuję jeszcze raz, jaki będzie koszt wszystkiego?
- Równo jeden leu.
- Bardzo proszę – mówiąc to podałem monetę barmanowi, po czym usiadłem przy barze i napisałem kilka słów do Pana Sołoguba. Następnie wsunąłem pismo do koperty, zakleiłem i zaadresowawszy podałem je barmanowi. Ten wrzucił je do drewnianej skrzynki, której dopiero teraz uważniej się przyjrzałem. Kształtem i formą przypominała te, które widzieliśmy w przy każdym urzędzie pocztowym w tym kraju.
Następne kilkanaście minut spędziliśmy z Teslą na rozmowie. Barman w tym czasie obsługiwał kolejnych gości, których liczba powoli się zwiększała. Gdy skończyliśmy sączyć piwo, mieliśmy się już zbierać do wyjścia, gdy nagle barman nas zatrzymał.
- Przepraszam, że spytam, czy mają państwo może nocleg? – spytał nas spokojnym, tym razem lekko nieśmiałym głosem, po czym zaraz dodał – bo jeśli nie, to mamy jeden wolny pokój.
- Bardzo dziękuję – skłoniłem się lekko – jednak tak się składa, że mamy już nocleg, za kilka minut ma przyjechać pod nas dorożka, która ma nas zabrać do zamku.
Barman w jednej chwili zaniemówił. Lekko czerwonawe lico przybrało teraz niemal białą barwę. Dłonie mężczyzny lekko zadrżały, że omal nie wypuścił z nich kufla, który jeszcze przed chwilą tak starannie wycierał. Zapadła między nami dość niezręczna cisza, toteż chcą dowiedzieć się o co chodzi, zapytałem czy coś się stało.
- Wy… chcecie powiedzieć, że będziecie nocować na zamku?! – barman niemal wykrzyczał to pytanie, cały się przy tym trzęsąc.
W gospodzie zapadło milczenie. Rozmowy ucichły, jakby ucięte nożem, a wszystkie pary oczu skierowane były teraz w nasza stronę. Nie potrafię opisać emocji, które skrywały się za ich spojrzeniami. Stanowiło to mieszaninę strachu, niedowierzania, niechęci…
- Czy coś się stało? – spytał niepewnym głosem Tesla – nie wydaje mi się, żebyśmy powiedzieli coś nietaktownego.
- Naprawdę nie rozumiecie? – Barman dał krok w naszą stronę, dopiero teraz zauważyłem, że jego żona stała obok i mierzyła nas uważnie wzrokiem – uciekajcie, póki wam życie miłe, zaklinam was. Uciekajcie!
- Ciągle nie rozumiem – Tesla, podobnie zresztą jak i ja, był coraz bardziej zdziwiony takim obrotem spraw – chce nam pan powiedzieć, że coś nam grozi.
- Grozi?! Tak! Grozi! Nie zbliżajcie się do zamku! Jeszcze dziś wyje…
Nim skończył, na zewnątrz rozległ się skrzypiący odgłos kół oraz metalowych podków stukających o bruk przy każdym kroku. Wszyscy skierowali teraz wzrok w stronę drzwi o gospody. Tu i ówdzie rozległy się szepty, z których nie byłbym w stanie zrozumieć nic, nawet gdybym znał ich język. Słowa bowiem zlewały się w jeden wielki szum.
Rozległo się pukanie do drzwi. Nerwowość panująca w pomieszczeniu była tak namacalna, że aż przygniatała swoim ciężarem. Skrzydło drzwi uchyliło się skrzypiąc chyba głośniej niż kiedykolwiek przedtem. Do pomieszczenia weszła wysoka postać, odziana w czarny płaszcz z kapturem. Na jej widok od razu przypomniał mi się wspomniany wcześniej artykuł i opis przybyszy podążających konno ulicami miasta. Prawie cała twarz znikała pod połacią materiału.
Nieznajomy kroczył powolnym, acz pewnym krokiem w naszą stronę. Był wzrostu Tesli, a więc wyższy ode mnie o niecałe pół głowy. Teraz gdy stał blisko, mogłem przyjrzeć mu się dokładniej. Ciemne oczy wydawały się być bez puste…nieobecne wręcz. Ostre rysy twarzy utrudniały nieco określenie wieku, ale obstawiam, że był on już po pięćdziesiątce.
- Panowie Kisch i Tesla? – spytał. Choć jego głos nie był donośny, ani on sam nie wypowiedział tych słów głośno, odniosłem wrażenie, że atmosfera w gospodzie zgęstniała jeszcze bardziej.
- Zgadza się – odparłem spokojnie – nazywam się Egon Erwin Kisch, a to mój przyjaciel Nikola Tesla, byliśmy umówieni…
- Witam, wiem wszystko. Panów powóz już czeka. Proszę pozwolić.
Nim zdążyłem zaprotestować, nasze bagaże były już niesione przez stangreta i to bez najmniejszego wysiłku. Udaliśmy się za nieznajomym. Kątek oka zdążyłem dostrzec – a może mi się tylko zdawało – że kilka osób przeżegnało się, gdy opuszczaliśmy lokal.
Po chwili siedzieliśmy w karocy i zmierzaliśmy w stronę zamku. Ten krótki odcinek dłużył się nam w nieskończoność. Przez całą drogę nie odezwaliśmy się ani słowem. Chyba obu nam udzieliły się nastrój z ostatnich minut spędzonych w gospodzie. Nastrój niepewności i pewnego rodzaju strachu. Doprawdy, cóż takiego mogło sprawić, że ludzie tak się zachowywali. Myśli te zaprzątały mi głowę, przez cały ten czas.
W końcu dotarliśmy do celu wyprawy. Karoca zatrzymała się i drzwiczki w jednej chwili się otworzyły. Stangret stał przy stopniu. Wysiadając z pojazdu, czułem jak moja noga prześlizguje się po drewnianym progu. Zacząłem machać instynktownie rękoma w nadziei, że chwycę cokolwiek co sprawi, że nie upadnę z hukiem na kamienną posadzkę. I zapewne tak by się właśnie stało, gdy nagle poczułem silny uścisk na swoim ramieniu. Jakaś siła przytrzymała mnie i w jednej chwili stałem już na chodniku, przed karocą.
Odwróciłem głowę i spostrzegłem, że tym kto mnie pochwycił był nie kto inny tylko stangret. Jego dłoń ciągle trzymała mnie za ramię, które powoli zaczęło mnie boleć. W tej chwili pomyślałem sobie, jak silny musi być ten człowiek, mimo swojego wieku. Łatwość z jaką mnie wyratował od niechybnej znajomości z kamienną posadzką i ten uścisk, nawet silnie zbudowany mężczyzna miałby problem, a do lekkich nie należę. Stangret natomiast zdawał się utrzymać mnie bez najmniejszego wysiłku, a jak już wspomniałem, nie był najmłodszy, a i budowa zaliczała go do ludzi raczej wątłych.
- Proszę uważać panie Kisch – rzekł spokojnie woźnica.
- Tak…dziękuję za pomoc, gdyby nie pan, mój uśmiech straciłby znacznie na swojej wartości – zażartowałem, jednak widząc minę stangreta od razu spoważniałem. Człowiek ten jest albo całkowicie pozbawiony osobowości – w tym poczucia humoru – albo dostał wyraźne instrukcje, żeby nie wchodzić w kontakty z cudzoziemcami przyjeżdżającymi na zamek. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku nie było nic nadzwyczajnego. Dość częsta praktyka stosowana na dworach i bogatych domach. Tyś jest sługą moim, cieniem dla innych pozostajesz, masz milczeć i służyć.


* * *

DEPESZA

Nadawca: Egon Erwin Kisch / Tulcea
Odbiorca: Fiodor Kuźmicz Sołogub / Częstochowa ul. Krakowska 5

Treść
Szanowny panie Fiodorze Kuźmiczu Sołogub, pragnę poinformować, że bez większych przeszkód dotarliśmy do miejsca naszego przeznaczenia. Właśnie przebywamy w jednej z tutejszych gospód, gdzie czekamy na przybycie przewodnika, który ma nas zaprowadzić prosto na zamek. Myślę, że najdalej za trzy dni powinniśmy wiedzieć już wszystko, co dotyczy naszej sprawy.

Z wyrazami szacunku

Egon Erwin Kisch

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przemyku! Ja nadal czekam, musisz przyspieszyć trochę bo ciężko Ci będzie czytelników znaleźć, a szkoda żeby takie fajne opowiadanie się marnowało albo było wydawane co pół roku!
    Toż to wieczność!
    Musisz się przyłożyć i stworzyć coś lepszego niż poprzednik, wierzę w Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie tylko P.S czeka na nowe rozdziały. Pozostali czytelnicy także. Ja sam nie mogę się doczekać kolejnego. Historia jaka tu przedstawiasz jest naprawdę interesująca. Pozdrawiam i czekam na odpowiedź w postaci rozdziału ;)

    OdpowiedzUsuń